Z notatnika sztygara Onderki: Coś za coś i katastrofa gotowa
Czasami życie pisze nam takie scenariusze, że za głowę można się tylko złapać. Wyobraźcie sobie, że miałem kiedyś w oddziale jednego takiego Stefana, który bardzo lubił się przymilać, zwłaszcza gdy miał w tym jakiś interes. Jednego tylko nie można było mu odmówić – miał żyłkę do naprawiania dosłownie wszystkiego.
fot: Kajetan Berezowski
Na dole zawsze trzeba być czujnym
fot: Kajetan Berezowski
Czasami życie pisze nam takie scenariusze, że za głowę można się tylko złapać. Wyobraźcie sobie, że miałem kiedyś w oddziale jednego takiego Stefana, który bardzo lubił się przymilać, zwłaszcza gdy miał w tym jakiś interes. Jednego tylko nie można było mu odmówić – miał żyłkę do naprawiania dosłownie wszystkiego.
Raz, jak pamiętam, miałem w domu awarię centralnego ogrzewania. W szatni akurat trafiłem na Stefana, no i mu się z tego zwierzyłem. A on na to: „Onderko, ja ci to dziś naprawię. Wiem, bo sam miałem podobny problem”. I rzeczywiście. Wieczorem przyszedł i w godzinę usunął awarię. Myślę sobie, jak mu to wynagrodzić. A on machnął ręką i tak rozstaliśmy się. Nie minęły dwa tygodnie, a tu przed poranną szychtą Stefan przychodzi do mnie po prośbie. – Sztygarze, mam brata i chciałbym, żebyś pomógł mu dostać się do nas do oddziału na wydobycie – wali prosto z mostu. Myślę sobie – ciężka sprawa. Ale cóż było robić. W końcu miałem zobowiązanie za tę wcześniejszą przysługę. Pogadałem, z kim trzeba i brat Stefana od nowego miesiąca pracował z nami na wydobyciu.
Po miesiącu Stefan ponownie zjawił się w moim pokoju po robocie i truje mi, żeby go przenieść na nocne szychty, bo w dzień coś tam trenuje. Poczułem się jak w jakiejś matni. Od razu przypomniało mi się szkolenie z naszym psychologiem. Mówił nam, że niepisane zobowiązanie obdarowanego do odpłacenia czymś w przyszłości utrzymuje nas potem w przekonaniu, że otwieramy sobie możliwość wymiany wzajemnej.
Od dziecka jesteśmy uczeni, by przestrzegać tej zasady wzajemności. Często ulegamy czyjejś prośbie właśnie pod wpływem tego zjawiska. Jednym ze skutecznych sposobów uzyskiwania czegoś jest czynienie drobnych prezentów – a więc dawanie czegoś, zanim poprosi się o coś. Myślę sobie, wypisz wymaluj taka właśnie sytuacja ma teraz miejsce z tym Stefanem. Czasami „prezentem” jest ustępstwo w jakiejś sprawie – najpierw pojawia się prośba o coś, czego proszony nie może dać lub zrobić, nawet jeśli chciałby to uczynić, a później pojawia się prośba o to, o co naprawdę chodzi.
W celu ochrony przed taką manipulacją należy z dystansem podchodzić do wszelkich ofert pomocy bądź próśb o przysługę, zwłaszcza jeśli jesteśmy z taką osobą w jakiś sposób powiązani zawodowo, pełnimy jakąś funkcję i w związku z tym inni, zwłaszcza podwładni, biorą nas za takich, co to wiele potrafią załatwić, no bo mają wejścia. Powiedziałem sobie wówczas w myślach: oj, Onderko, aleś zawalił na całej linii. Tymczasem Stefan znowu do mnie zawitał, prosząc, żebym mu coś tam podpisał. Tego było już za wiele. – Słuchaj, nie za dużo ode mnie oczekujesz? Zastanów się raz jeszcze nad tym wszystkim, a dziś niestety, nie mogę ci pójść na rękę, bo widzę, że posuwasz się za daleko” – oświadczyłem krótko i obróciłem się na pięcie. Stefan obruszył się i warknął – „jak czegoś będziesz potrzebował, to na mnie nie licz”. Wzruszyłem ramionami i poszedłem do swojej roboty. I wyobraźcie sobie, że za tydzień Stefan znowu się zjawił, żeby go od nowego miesiąca, po pół roku, z tych nocek zwolnić, bo treningi mu się skończyły. Nie zgodziłem się. I wiecie, co było dalej? Istna tragedia.
Stefan przyszedł pierwszego na tę nockę, a nasz sztygar zmianowy skierował go jako przodowego wraz z innym pracownikiem, do obsługi rejonu stacji głównej na poziomie 500 m. Ich zadaniem było manewrowanie pustymi i załadowanymi jednostkami kołowymi z podszybia szybu II do stacji postojowych. Około północy, w czasie przejazdu lokomotywą typu LD-30 przez stację postojową w przekopie na poziomie 500 m, Stefan wychylił się z kabiny lokomotywy. Nie wiadomo, czy się zagapił, czy co. Wskutek tego jego głowa została dociśnięta konstrukcją kabiny do bocznej osłony stropnicy odzawałowej obudowy zmechanizowanej typu Glinik załadowanej na jeden z wozów transportowych na sąsiednim torze. W tym czasie manewrowy siedział w pomieszczeniu dla konwojenta. Stefan stracił przytomność, w wyniku czego lokomotywa zatrzymała się po kilkunastu metrach. Manewrowy wyszedł z pomieszczenia i jak zobaczył, co się święci, omal nie zemdlał. O zaistniałym wypadku powiadomił dysponenta przewozu, a poszkodowanemu udzielił pierwszej pomocy. Stefan tego wypadku nie przeżył.
Tak sobie myślę, że może gdyby nie te wszystkie namolne naciskania na mnie, żebym ciągle coś mu załatwiał, to inaczej ustawiłbym te zmiany i Stefan by żył. Ale stało się nieszczęście i już się nie odstanie.
Bądźcie czujni, kiedy ta sama osoba ciągle zwraca się do Was z coraz to nowymi prośbami, ponieważ uważa, że jej się to należy. To pomoże Wam uniknąć niepotrzebnego stresu, a może nawet nieprzyjemnych sytuacji