Mieszkają z mężem na jednym z żorskich osiedli. Syn wyjechał do Niemiec. Górnikiem być nie chciał, a też Lubszczyk nie namawiał. – Inaczej człowiek myśli, jak zostaje rodzicem. Więcej w nim strachu o dziecko – tłumaczy.
On, górnik strzałowy, przepracował na dole 25 lat. Najpierw szkolenie na „Jankowicach”, potem „Zofiówka”, przejście do firmy i w końcu emerytura.
– Na emeryturze długo nie usiedziałem. Zgłosiłem się do Intergwarexu, bo dołu mi brakowało. Każdy grosz się też przyda, a i na kopalnię coś człowieka ciągnie – uśmiecha się.
Hajer, to był gość
Dziadek Alojz, tata Józef i dwaj bracia Karol i Alojz – wszyscy górnicy. Matka Franciszka nawet medal dostała. Że o tradycję górniczą rodzina dba. Bo u Lubszczyków górnik to był ktoś. Syn to król, nowy górnik się urodził. Szedł do szkoły. Córki się nie kształciło, bo była do wydania.
– Wtedy górnik, to był gość! Szacunek do drugiego człowieka musi być, bo jak przodowy powiedział słowo, to żaden nie miał nic do gadania. Robiło się i już. Dzisiaj wszystko się pozmieniało. Żaden nie powie „panie przodowy”, jak kiedyś. Dzisiaj po imieniu se gadają. Brakuje tego szacunku do przełożonych – nie kryje żalu Lubszczyk.
Utyskuje też, że coraz trudniej o prawdziwych górników, z powołania. Młodzi ludzie przychodzą, zobaczą, jak to naprawdę wygląda i rezygnują, bo nie tak sobie wyobrażali pracę w kopalni.
– Myśleli, że to tak prosto. A niestety, prawda też jest taka, że jak jesteś nowo przyjęty, to łopata jest twoja. Ja też zaczynałem od tego. Śleprem byłem, a skończyłem na strzałowym. Każdy szczebel po kolei trzeba przejść – przekonuje Lubszczyk.
Nikt nie mówi, że jest lekko
Tata Franciszka, Józef, był strzałowym i ratownikiem. Do emerytury na „Jankowicach” robił. – Jako dziecko wypatrywałem zawsze, kiedy wróci z szychty – wspomina. – Z braćmi zaczynaliśmy właśnie od „Jankowic”, ale potem nasze drogi się rozeszły. Ja trafiłem na 10 lat na „Zofiówkę”, potem przenieśliśmy się z bratem pod firmę. Takie były czasy. Opłacało się.
Lubszczyk nie ma wątpliwości: Najważniejsza w górnictwie jest wytrwałość i chęć do roboty. – Bo jak się nie ma chęci do roboty, to nic z tego nie będzie – podkreśla strzałowy. – Były sytuacje, że człowiek się bał, bo w górnictwie bywa różnie. Była i ręka złamana i palce, ale przecież to jest właśnie kopalnia. Nikt tu nie mówi, że jest lekko, ale zarobki w końcu nienajgorsze, a też człowieka ciągnie na dół brać górnicza. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Uważaj w szoli na zakrętach
– A strach – pytam.
– Człowiek nie może myśleć o strachu, bo gdyby się bał, toby nigdy na dół nie zjechał. Trzeba dostać dobrą szkołę na początku, to potem idzie jak z płatka – odpowiada Lubszczyk.
– Dobrą szkołę? – dopytuję.
– No, wie pani... Jak wchodzi taki jeden z drugim po raz pierwszy do szoli, to się mu mówi: „Uważaj na zakrętach”. A oni wtedy trzymają się kurczowo czego popadnie, aż kostki w rękach bieleją. Czekają, kiedy ten zakręt przyjdzie. A jak „szola” staje, to pyta jeden z drugim z ulgą: „Ale tego ostrego zakrętu nie było?”. „Zlikwidowali” – odpowiada się wtedy. Pod ziemią trzeba z humorem. Człowiek by zwariował, jakby myślał o najgorszym. Każdemu młodemu jest trudno się na początku przyzwyczaić. Wysoka temperatura, ciemno, oddychać swobodnie się nie da. Człowiek wie, że zjedzie, ale czy wyjedzie, to już pewny nie jest. Górnik musi mieć pokorę do natury. Znak krzyża w szoli to też podstawa. Szacunek musi być.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.