Spękane, śląskie serce

Kiedy Edward Jon miał kilka lat, jego dziadek pokazał mu obrazek, wyobrażający ludzkie serce. – Co sam widzisz? – zapytał wnuka. A kiedy ten odparł, że serce, dziadek wskazał na widoczne na obrazku pęknięcia i powiedział: – Tak wyglondo serce człowieka, któremu w życiu przydarzyło się coś złego. Człowiek musi być twardy, żeby te popękania nie zbuliły jego serca.

Dziadek przez cołki swój żywot mioł fest popękane serce – ocenia dziś 50-letni Edward Jon. Opowieścią o tym spękanym, śląskim sercu dziadka i dziejach swojej górniczej familii z Orzegowa „zniewolił” jurorów ubiegłorocznej, osiemnastej edycji konkursu na Ślązaka Roku pn. „Po naszymu, czyli po śląsku”, urządzanego przez katowicką rozgłośnię Polskiego Radia. Zajął drugie miejsce. Starał się o nie od pięciu lat.

„Mała ojczyzna” z Orzegowa

– Z początku chciałem się po prostu przyjrzeć, poczuć klimat, sprawdzić się, czy stać mnie na wystąpienie przed takim audytorium – wspomina.

W prezentowanych rok po roku gawędach Edward Jon niezmiennie koncentrował się na opowieściach o swojej małej, Orzegowskiej (dzielnica Rudy Śląskiej) ojczyźnie. Były w nich familoki na Zielonej Górce w cieniu wież wyciągowych nieistniejącej już kopalni „Karol”, było 12 mieszkających po sąsiedzku rodzin, były chlewiki, za którymi dyskretnie „podkurzał” za młodu, aby nie wpaść w oko sąsiadów i nie narazić się na rodzicielski gniew. No, i były – zagwożdżone w głowie – wspomnienia z rozmów z dziadkiem.

– Konkurs kojarzy się z rywalizacją o nagrody. Ja uczestnictwo w jego kolejnych edycjach traktowałem jak spłatę długoterminowego zobowiązania, płynącego z dziejów czteropokoleniowej, górniczej rodziny. Nieprzypadkowo więc bohaterem mojego monologu uczyniłem mojego dziadka z jego przypowieścią o pękniętym, śląskim sercu – wyjaśnia Edward Jon.
Tych ran nazbierało się bez liku. – Dziadek pochodził z Szombierek, babcia z Gliwic. Po wojnie zmarła bez pomocy lekarskiej, bo – traktowana przez ówczesną władzę jako Niemka – nie została przyjęta do lazaretu. Dziadka trzykrotnie próbowano wysiedlać do Niemiec, nie mówiąc już o tym, że na próżno szukał roboty. Kiedy po raz drugi chciał się ożenić, postawiono mu warunek, żeby w nazwisku zlikwidował literę „h” – wspomina pogmatwane śląskie losy.

Mężczyzna  szedł do kopalni

W orzegowskiej rodzinie niepodobna było nie zostać górnikiem. Ten zawód był we krwi, w korzeniach trudnej do zignorowania tradycji.

– W naszej rodzinie każdy z mężczyzn robił w kopalni. Nie dziwota, że fedrowali również podczas świątecznych spotkań w familoku na Zielonej Górce. Mój Boże, nie ma chyba takiego przenośnika, który mógłby wyciągnąć węgiel, nafedrowany przy takich okazjach przez dziadka, ojca i ujków – śmieje się Edward Jon.

Sam też – mimo wyniesionego z technikum dyplomu geodety – wpisał się w tę tradycję roboty na węglu. Przed przejściem na emeryturę 29 lat przepracował na dole, wspinając się po kolejnych szczeblach zawodowej hierarchii, od górnika do nadsztygara. W tej biografii było 19 lat pracy w kopalni „Wawel”. Po likwidacji „Walencioka” dorabiał w „Bielszowicach”.
Pod znakiem zapytania pozostaje natomiast kontynuacja zawodowej tradycji. Owszem, syn Edwarda Jona – absolwent konserwatorium muzycznego – ma już w szafie mundur instrumentalisty górniczej orkiestry, niemniej swoją przyszłość łączy raczej z rolą menedżera. Przepustką do niej mają być studia z zakresu marketingu i zarządzania.

Po naszymu i po polsku

Edward Jon przyznaje, że w jego Orzegowskiej małej ojczyźnie godanie po naszymu było naturalnym językiem. W tym kontekście bardzo ciepło wspomina swoją, nieżyjącą już, polonistkę z podstawówki, Kazimierę Bogdan.

– Była wspaniałą nauczycielką. Uczyła mnie, przedtem moich rodziców. Swoich wychowanków zawsze przekonywała, że nie powinniśmy się wstydzić śląskiego godanio. Kiedy już uczyłem się w katowickim Technikum Geodezyjnym, jej nazwisko było u tutejszej polonistki swoistą referencją, rodzajem przepustki przyzwalającej na godanie. Ale, prawdę powiedziawszy, nie miałem też jakichkolwiek problemów z posługiwaniem się językiem autorów obowiązkowych szkolnych lektur: Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Prusa, Reymonta, Żeromskiego... – wspomina.
Ubiegłoroczny, wicemistrzowski tytuł ucina aspiracje Ślązaka z Rudy Śląskiej do podejmowania dalszych prób. Regulamin konkursu stanowi otóż, że finaliści są wyłączeni z kolejnych podejść. Edwarda Jona tym bardziej cieszy, że w tejże edycji do półfinału „Młodzieżowego Ślązaka” wdarł się jego chrześniak, dziesięcioletni Damian Pakuła.

Tę kontynuację śląskiego godanio traktuje jako dużo ważniejszą od zdobytych nagród. Ciepło wspomina zwłaszcza tę sprzed dwóch lat, kiedy, jako półfinalista – na zaproszenie eurodeputowanego, Jana Olbrychta – miał sposobność zwiedzić gmach Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

Sumienność, pracowitość...

W czym – oprócz zaprezentowanego w konkursowym monologu o spękanym dziadkowym sercu – przejawia się jeszcze Śląskość? – pytam Edwarda Jona.

– W śląskich korzeniach, w nawykach tutejszej pracowitości, sumienności i obowiązkowości, w przywiązaniu do domu i rodziny – odpowiada i zaraz precyzuje, że Ślązakiem jest się nie tylko z racji miejsca urodzenia i płynącej z niego tradycji.

– Doskonale pamiętamy lata, kiedy na Śląsk masowo werbowano ludzi z różnych regionów Polski. Ptoszki dawno już poodfruwały. Tych, którzy pozostali, zakorzenili się, przyswoili sobie tutejszy system wartości, można już nazwać prawdziwymi Ślązakami – ocenia Edward Jon.

Ślązak z Rudy Śląskiej żałuje tylko, że jego wicemistrzostwo w konkursie nie wywołało w mieście jakiegokolwiek oddźwięku i zainteresowania. Nie dlatego – przekonuje – żeby chciał kreować się „na gwiazdę”.

– Szkoda, że nie zostało ono odnotowane w lokalnej gazecie, że w szkole Damiana mało kto wie o jego wejściu do półfinału. Żal, bo przecież taka informacja mogłaby pobudzić do uczestnictwa w konkursie wiele innych osób, które mogłyby przekazać „po naszymu” co najmniej równie intersujące opowieści – tłumaczy.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Górnicy i budowlańcy przy jednym stole. Pierwsza Barbórkowa Biesiada Stowarzyszenia Górnictwa Tunelowego

W zabytkowych podziemiach Kopalni Soli Bochnia spotkali się przedstawiciele dwóch środowisk, które łączy coraz więcej - górnictwa i budownictwa tunelowego. 23 października 2026 r. odbyła się tam Pierwsza Barbórkowa Biesiada Stowarzyszenia Górnictwa Tunelowego (SGT). To pierwsza taka inicjatywa w historii Stowarzyszenia, która pokazała, że górnicze tradycje doskonale odnajdują się również w świecie tunelarzy.

Złote Kolce 2026 rozdane! Triumf Klaudii Kazimierskiej i Jakuba Szymańskiego

Halowy mistrz świata w biegu płotkarskim Jakub Szymański oraz liderka rankingu World Athletics w biegu na 1500 metrów i wicemistrzyni Europy na tym dystansie Klaudia Kazimierska zostali laureatami tegorocznych Złotych Kolców – charakterystyczne statuetki będące nagrodą w rankingu Przeglądu Sportowego oraz Polskiego Związku Lekkiej Atletyki wręczono w piątkowy wieczór podczas gali Orlen Złote Kolce Śląskie 2026 na Superauto.pl Stadionie Śląskim. 

Wigilie firmowe, spotkania biznesowe – czas zaplanować podsumowanie roku

Koniec roku to naturalny moment, by zatrzymać się na chwilę, podsumować wspólne działania i podziękować pracownikom za ich zaangażowanie. Firmowa wigilia lub kilkudniowy wyjazd integracyjny może być czymś znacznie więcej niż uroczystą kolacją – może połączyć część biznesową, relaks, atrakcje i budowanie relacji w zespole.

Kryminał na weekend: „Podcaster”. Zbrodnia w Katowicach

Na wydawniczym rynku jest już najnowsza powieść Magdaleny Majcher. To „Podcaster”, którego akcja dzieje się w Katowicach w grudniu 2025 roku. Jeśli czytelnik pochodzi z tego miasta, będzie swobodnie podążał ścieżkami głównych bohaterów.