Relikwie z Monte Cassino

Andrzej Kaniak zajrzał do naszej redakcji dokładnie w 64. rocznicę bitwy o Monte Cassino. Przyniósł opasłą, mocno podniszczoną księgę „Enciclopedia Italiana”, wydaną przez Istituto Giovanni Treccani.


Dla Kaniaka nie jest to tylko pożółkłe dzieło ze zbiorem alfabetycznie ułożonych wiadomości. Jest prawdziwą relikwią. Ten starodruk w 1944 r. spod gruzów benedyktyńskiego klasztoru na Monte Cassino wygrzebali żołnierze jego ojca Władysława Kaniaka, rotmistrza 3 Pułku Ułanów Śląskich.

– Po bombardowaniach sprzymierzonych z klasztoru i przebogatej biblioteki Benedyktynów nie zostało praktycznie nic. Spod zgliszczy żołnierze ojca wydobyli tę właśnie księgę. Komu mieli ją oddać, jak nie swojemu dowódcy? – Andrzej Kaniak odwraca sztywną, płócienną okładkę dzieła.

„W pamiątkę zdobycia”

Wewnątrz wklejona została fotografia przystojnego ułana. Wokół podkomendni wpisali dedykacje. „Porucznikowi Kaniakowi w pamiątkę zdobycia klasztoru na Monte Cassino” – głosi jedna z nich, opatrzona nieczytelnym podpisem. Rotmistrz przeszedł całą kampanię włoską. Pogmatwane, powojenne losy rzuciły go, via Londyn, do Argentyny, gdzie przez kilka kadencji prezesował Instytutowi Kulturalnemu „Orzeł Biały” w Merlo. Stamtąd „Enciclopedia Italiana”, jako szczególną pamiątkę, przywiózł do Polski jego syn.

Andrzej Kaniak nieprzypadkowo trafił z tą relikwią do „Trybuny Górniczej”. Impulsem był reportaż „Karpatczyk w każdym calu”, wydrukowany w marcowym wydaniu naszej gazety. Pisaliśmy w nim o historycznych fascynacjach Roberta Garcarzyka, 32-letniego górnika kopalni „Mysłowice-Wesoła”. Główny aktor tamtego tekstu nie poprzestaje na zgłębianiu wiedzy o dziejach II Korpusu Polskiego i jego dowódcy, generała Władysława Andersa. Od kilku lat jest uczestnikiem tzw. grupy rekonstrukcyjnej Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Właśnie tamten tekst doprowadził do kontaktu ludzi dwóch pokoleń: Garcarzyka i urodzonego przed 65 laty w Teheranie Andrzeja Kaniaka.

Całus w eszelonie

Pan Andrzej żartobliwie wspomina, że jest „owocem” pocałunku dwójki łagierników: zesłanej za Ural po 17 września 1939 r. pięknej, młodziutkiej urzędniczki pocztowej ze Lwowa i atrakcyjnego przedwojennego ułana, który w tym czasie, wraz z 33 innymi oficerami, jechał na rozwałkę do Katynia.

– Niezrozumiałą decyzją enkawudzisty na jednej z mijanek ten wagon dopięto do towarowego za Ural. Młodzi dużo później poznali się w Kazachstanie. Dwoma eszelonami podążali do andersowskiego wojska.

– Przyjechało sześć dziewcząt. Wszedłem do wagonu i pocałowałem jedną z nich, śpiącą na drewnianej ławie. Tak się poznaliśmy – relacjonuje opowieść ojca po latach Andrzej Kaniak.

– W Teheranie mama była sanitariuszką w szpitalu i świetliczanką. Kiedy wojsko ruszyło na front, cywile zostali rozlokowani w 22 angielskich obozach w Afryce Wschodniej. Ja z mamą trafiłem do Ugandy. Po bitwie o Monte Cassino korespondencja z ojcem całkowicie się urwała. Mama – wbrew odstręczającej agitacji emisariuszy rządu londyńskiego – w 1947 r. postanowiła wrócić do Polski. „Czerwona, czy zielona, ale nasza” – uzasadniała ten wybór. Tak oto znaleźliśmy się w Zabrzu – wspomina.

– Wracaliśmy holenderskim statkiem z Mombasy, przez Kanał Sueski, do Genui. Kiedy na trawersie jednostki znalazło się Monte Cassino, kapitan, świadom, kogo wiezie, dał rozkaz oddania honorów flagowych. Cały statek ogarnął jeden, wielki płacz. Dla tych kobiet żołnierze II Korpusu Polskiego byli niemal bogami, a każdy list lub pamiątka – relikwią – opowiada.

Spotkanie po latach

Rotmistrz Władysław Kaniak przeżył wojnę i wraz z 20 tys. polskich wojskowych osiadł w Argentynie. Nieobojętnym na ten wybór był nawyk żołnierskiej subordynacji.

– Mama długo próbowała odnaleźć ślad ojca. Daremne okazały się poszukiwania przez Polski Czerwony Krzyż, choć przypuszczam, że instytucja ta posiadała wiedzę, gdzie przebywa. Dopiero w 1956 r. pomógł nam mieszkający w Kanadzie wujek – mówi Andrzej Kaniak.

Z Teheranu ojca, stojącego nad niemowlęcym łóżeczkiem, pamiętał mgliście. Właściwie więc po raz pierwszy spotkał się z nim w połowie lat siedemdziesiątych, po gierkowskiej odwilży.

– Trudno zliczyć, ile razy bywałem na komendzie milicji w Zabrzu z wnioskiem o paszport. Wciąż słyszałem tę samą odpowiedź: czekać, czekać... Na dość czytelne „propozycje”, co mogłoby przyśpieszyć wydanie dokumentu, odpowiadałem: „ja się do tego nie nadaję” – wspomina.

Kiedy koniec końców spotkał się z ojcem, wśród jego przyjaciół i tak został przywitany podejrzliwie.

– Długą chwilę przyglądał mi się jakiś staruszek, po czym zagadnął: „O, to pan musi być czerwony, bo oni nieczerwonych nie wypuszczają” – opowiada o antykomunistycznym klimacie wśród argentyńskiej Polonii.

Swojego przekonania staruszek nie zmienił także kilka lat później, kiedy Andrzej Kaniak zaglądał do ojca częściej, będąc w Ameryce Południowej na służbowych już delegacjach.

– Kopex przez pięć lat realizował w Patagonii kontrakt na modernizację zakładu przeróbczego w jednej z tamtejszych kopalń. Jako inżynier budownictwa byłem zaangażowany w to przedsięwzięcie – mówi.

Andrzej Kaniak upodobał sobie Amerykę Południową nie tylko z rodzinnych powodów. Ojciec zmarł w 1986 r. Inżynier z Zabrza podróże ma wpisane w biografię. Parokrotnie wracał do Afryki, był też m.in. w Boliwii, Peru, w Himalajach i Nepalu.

Ostatnio najczęściej można go jednak zastać w Rydułtowach.

– Moje zainteresowania sejsmologią sprawiły, że zaangażowałem się w projekt precyzyjnego prognozowania wpływów sejsmicznych, wywoływanych eksploatacją kopalni „Rydułtowy--Anna”. Dla powstrzymania skutków tych wstrząsów na budynki na powierzchni zaproponowałem sięgnięcie do, stosowanej przez Amerykanów i Japończyków, technologii ich zabezpieczania poprzez opasywanie włóknami eramidowymi – wyjaśnia Andrzej Kaniak.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Wyjątkowa wystawa w Bieruniu. Odkryj fascynujące tajemnice KWK Piast

Na rynku w Bieruniu stanęła plenerowa wystawa „Bieruńsko gruba. Moje miejsce na ziemi”. Ekspozycja, którą można oglądać od 20 czerwca, przedstawia historię KWK Piast oraz losy lokalnej społeczności związanej z zakładem. Prezentowane są na niej materiały archiwalne oraz fotografie autorstwa Tomasza Liboski.

1755669760 powstaniaslaskie

Narodowy Dzień Powstań Śląskich - to górnicy walczyli o Polskę

Kiedy mówi się o Powstaniach Śląskich, zwykle pada kilka nazwisk dowódców i polityków. Ale siłą, która przeważyła szalę w latach 1919-1921, byli ci, którzy na co dzień zjeżdżali pod ziemię. Górnicy. Bez nich nie byłoby powstań, a Śląsk prawdopodobnie zostałby po niemieckiej stronie. Narodowy Dzień Powstań Śląskich został ustanowiony w 2022 roku, by uczcić pamięć uczestników trzech powstań śląskich z lat 1919–1921. To właśnie 20 czerwca 1922 roku, po zakończeniu sporów granicznych, Wojsko Polskie wkroczyło na te ziemie.

Górnicy i hutnicy na filmach sprzed 60 lat. Mamy je! Warto zobaczyć!

Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć film zmontowany z archiwalnych nagrań TVP 3, zachęcamy do oglądania! Ma ponad 7 minut, nosi tytuł „Twarze Przemysłu” i był pokazywany podczas tegorocznej Industriady w Muzeum Miejskim „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej.

Polska i Niemcy udostępnią 60 tys. Biletów Przyjaźni dla młodych podróżnych

Resort infrastruktury oraz Federalne Ministerstwo Transportu Niemiec uruchamiają kolejowy Polsko-Niemiecki Bilet Przyjaźni, z którego będzie mogło skorzystać 60 tys. młodych osób w wieku od 18 do 27 lat. Każdy z krajów udostępni po 30 tys. biletów - poinformowało w środę polskie ministerstwo.