Dla Kaniaka nie jest to tylko pożółkłe dzieło ze zbiorem alfabetycznie ułożonych wiadomości. Jest prawdziwą relikwią. Ten starodruk w 1944 r. spod gruzów benedyktyńskiego klasztoru na Monte Cassino wygrzebali żołnierze jego ojca Władysława Kaniaka, rotmistrza 3 Pułku Ułanów Śląskich.
– Po bombardowaniach sprzymierzonych z klasztoru i przebogatej biblioteki Benedyktynów nie zostało praktycznie nic. Spod zgliszczy żołnierze ojca wydobyli tę właśnie księgę. Komu mieli ją oddać, jak nie swojemu dowódcy? – Andrzej Kaniak odwraca sztywną, płócienną okładkę dzieła.
„W pamiątkę zdobycia”
Wewnątrz wklejona została fotografia przystojnego ułana. Wokół podkomendni wpisali dedykacje. „Porucznikowi Kaniakowi w pamiątkę zdobycia klasztoru na Monte Cassino” – głosi jedna z nich, opatrzona nieczytelnym podpisem. Rotmistrz przeszedł całą kampanię włoską. Pogmatwane, powojenne losy rzuciły go, via Londyn, do Argentyny, gdzie przez kilka kadencji prezesował Instytutowi Kulturalnemu „Orzeł Biały” w Merlo. Stamtąd „Enciclopedia Italiana”, jako szczególną pamiątkę, przywiózł do Polski jego syn.
Andrzej Kaniak nieprzypadkowo trafił z tą relikwią do „Trybuny Górniczej”. Impulsem był reportaż „Karpatczyk w każdym calu”, wydrukowany w marcowym wydaniu naszej gazety. Pisaliśmy w nim o historycznych fascynacjach Roberta Garcarzyka, 32-letniego górnika kopalni „Mysłowice-Wesoła”. Główny aktor tamtego tekstu nie poprzestaje na zgłębianiu wiedzy o dziejach II Korpusu Polskiego i jego dowódcy, generała Władysława Andersa. Od kilku lat jest uczestnikiem tzw. grupy rekonstrukcyjnej Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Właśnie tamten tekst doprowadził do kontaktu ludzi dwóch pokoleń: Garcarzyka i urodzonego przed 65 laty w Teheranie Andrzeja Kaniaka.
Całus w eszelonie
Pan Andrzej żartobliwie wspomina, że jest „owocem” pocałunku dwójki łagierników: zesłanej za Ural po 17 września 1939 r. pięknej, młodziutkiej urzędniczki pocztowej ze Lwowa i atrakcyjnego przedwojennego ułana, który w tym czasie, wraz z 33 innymi oficerami, jechał na rozwałkę do Katynia.
– Niezrozumiałą decyzją enkawudzisty na jednej z mijanek ten wagon dopięto do towarowego za Ural. Młodzi dużo później poznali się w Kazachstanie. Dwoma eszelonami podążali do andersowskiego wojska.
– Przyjechało sześć dziewcząt. Wszedłem do wagonu i pocałowałem jedną z nich, śpiącą na drewnianej ławie. Tak się poznaliśmy – relacjonuje opowieść ojca po latach Andrzej Kaniak.
– W Teheranie mama była sanitariuszką w szpitalu i świetliczanką. Kiedy wojsko ruszyło na front, cywile zostali rozlokowani w 22 angielskich obozach w Afryce Wschodniej. Ja z mamą trafiłem do Ugandy. Po bitwie o Monte Cassino korespondencja z ojcem całkowicie się urwała. Mama – wbrew odstręczającej agitacji emisariuszy rządu londyńskiego – w 1947 r. postanowiła wrócić do Polski. „Czerwona, czy zielona, ale nasza” – uzasadniała ten wybór. Tak oto znaleźliśmy się w Zabrzu – wspomina.
– Wracaliśmy holenderskim statkiem z Mombasy, przez Kanał Sueski, do Genui. Kiedy na trawersie jednostki znalazło się Monte Cassino, kapitan, świadom, kogo wiezie, dał rozkaz oddania honorów flagowych. Cały statek ogarnął jeden, wielki płacz. Dla tych kobiet żołnierze II Korpusu Polskiego byli niemal bogami, a każdy list lub pamiątka – relikwią – opowiada.
Spotkanie po latach
Rotmistrz Władysław Kaniak przeżył wojnę i wraz z 20 tys. polskich wojskowych osiadł w Argentynie. Nieobojętnym na ten wybór był nawyk żołnierskiej subordynacji.
– Mama długo próbowała odnaleźć ślad ojca. Daremne okazały się poszukiwania przez Polski Czerwony Krzyż, choć przypuszczam, że instytucja ta posiadała wiedzę, gdzie przebywa. Dopiero w 1956 r. pomógł nam mieszkający w Kanadzie wujek – mówi Andrzej Kaniak.
Z Teheranu ojca, stojącego nad niemowlęcym łóżeczkiem, pamiętał mgliście. Właściwie więc po raz pierwszy spotkał się z nim w połowie lat siedemdziesiątych, po gierkowskiej odwilży.
– Trudno zliczyć, ile razy bywałem na komendzie milicji w Zabrzu z wnioskiem o paszport. Wciąż słyszałem tę samą odpowiedź: czekać, czekać... Na dość czytelne „propozycje”, co mogłoby przyśpieszyć wydanie dokumentu, odpowiadałem: „ja się do tego nie nadaję” – wspomina.
Kiedy koniec końców spotkał się z ojcem, wśród jego przyjaciół i tak został przywitany podejrzliwie.
– Długą chwilę przyglądał mi się jakiś staruszek, po czym zagadnął: „O, to pan musi być czerwony, bo oni nieczerwonych nie wypuszczają” – opowiada o antykomunistycznym klimacie wśród argentyńskiej Polonii.
Swojego przekonania staruszek nie zmienił także kilka lat później, kiedy Andrzej Kaniak zaglądał do ojca częściej, będąc w Ameryce Południowej na służbowych już delegacjach.
– Kopex przez pięć lat realizował w Patagonii kontrakt na modernizację zakładu przeróbczego w jednej z tamtejszych kopalń. Jako inżynier budownictwa byłem zaangażowany w to przedsięwzięcie – mówi.
Andrzej Kaniak upodobał sobie Amerykę Południową nie tylko z rodzinnych powodów. Ojciec zmarł w 1986 r. Inżynier z Zabrza podróże ma wpisane w biografię. Parokrotnie wracał do Afryki, był też m.in. w Boliwii, Peru, w Himalajach i Nepalu.
Ostatnio najczęściej można go jednak zastać w Rydułtowach.
– Moje zainteresowania sejsmologią sprawiły, że zaangażowałem się w projekt precyzyjnego prognozowania wpływów sejsmicznych, wywoływanych eksploatacją kopalni „Rydułtowy--Anna”. Dla powstrzymania skutków tych wstrząsów na budynki na powierzchni zaproponowałem sięgnięcie do, stosowanej przez Amerykanów i Japończyków, technologii ich zabezpieczania poprzez opasywanie włóknami eramidowymi – wyjaśnia Andrzej Kaniak.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.