Przez osiem dni szukali go koledzy oraz specjalistyczne ekipy ratownicze z użyciem śmigłowca. Niestety, bez rezultatu. Ustalili miejsce na zachodniej ścianie Piku Korzeniewskiej, w którym prawdopodobnie doszło do wypadku. Wyprawa 10 mężczyzn z Jastrzębskiego Klubu Wysokogórskiego zakończyła się dramatycznie. Wrócili do kraju z aktem zgonu jednego z nich. Apanasewicz zginął jak alpinista. Przed wyjazdem do Tadżykistanu zapewniał „TG”, że żona, podobnie ja on doświadczona taterniczka, raz w roku pozwala mu na wysokogórską wyprawę z kolegami. Twierdził wówczas, że nie mogą razem się wspinać.
– Mamy dziecko, któreś z nas musi przeżyć, żeby je wychować – powiedział Apanasewicz, który był świadomy ryzyka, z jakim wiążą się wyprawy wysokogórskie. Był w doskonałej formie. Miał dobre wyposażenie. Nie przeczuwał wypadku. Szedł w góry Pamiru po męską przygodę. Wbrew doniesieniom prasowym, nie było mu dane stanąć na Piku Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.). Brakowało kilkaset metrów, może dlatego nie umiał odpuścić samemu sobie postawionego zadania. Ostatni raz był widziany 1 sierpnia o godz. 18 na wysokości 6700 m n.p.m.
Członkowie jastrzębskiej ekipy wspinali się na Pik Korżeniewskiej w kilku małych zespołach. Każdy szedł własnym tempem. Na grani było ciasno. Na szczyt parli także uczestnicy innych wypraw, w tym drugiej polskiej. 19 dni później, po powrocie do Polski, Arkadiusz Grządziel (ratownik górniczy, pracownik kopalni „Chwałowice”, kapitan jastrzębskiej wyprawy) oraz Ireneusz Wolanin zrelacjonowali „TG” wydarzenia na Piku Korżeniewskiej.
– Z ostatniej bazy na wysokości 6400 metrów wyszliśmy oddzielnie. Nie wiem, czemu Krzysiek to zaproponował. Był ode mnie bardziej doświadczonym alpinistą. Wyszedł 20 minut po mnie. Miałem z nim kontakt wzrokowy do godziny 14. Później na skutek załamania pogody straciłem go z oczu. Przede mną na szczyt szło trzech uczestników innej polskiej wyprawy. Ja stanąłem na Piku Korżeniewskiej o godz. 17.30. Byłem tam może 5-10 minut. Nic nie było już wtedy widać, bo mgła była gęsta. Przede mną, w odstępach około 30-minutowych, na szczyt dotarli trzej inni Polacy. Jako pierwszy z góry schodził Irek Waluga. To on widział Krzyśka jako ostatni. Spotkał go o godz. 18. Dwaj jego koledzy, którzy schodzili około 18.30, już go nie widzieli. Waluga namawiał go, żeby szedł z nim do bazy, bo jest już za późno i warunki pogodowe zrobiły się trudne, a jego tempo jest słabe. Gdy wychodziliśmy z bazy rano, pogoda była doskonała – opowiada Ireneusz Wolanin.
Gdy Wolanin i Apanasewicz szykowali się do forsownego zdobywania Piku Korżeniewskiej, szef jastrzębskiej grupy był bazie o około tysiąc metrów niżej. Razem ze swoim partnerem na szczyt miał wchodzić w niedzielę. Był przekonany, że Apanasewicz i Wolanin są razem.
– A ja byłem przekonany, że Krzysiek zawrócił z trzema alpinistami, którzy schodzili z Piku Korżeniewskiej. Ja nie dałem rady dotrzeć w sobotę do bazy. Około 21.30 musiałem podjąć trudną decyzję. Postanowiłem doczekać do świtu na grani. Miałem za słabe światło, by iść dalej. Noc przesiedziałem w śniegu. O szóstej rano zacząłem schodzić. Do bazy na 6400 metrów dotarłem wycieńczony o godzinie 10. Wtedy dowiedziałem się, że Krzyśka nie ma i powiadomiłem o tym drogą radiową Arka Grządziela – wspomina Wolanin.
Koledzy Apanasewicza natychmiast po uzyskaniu dramatycznej wiadomości rozpoczęli poszukiwania. Arek Grządziel ze swoim partnerem widzieli ślady alpinistów, którzy wspinali się dzień wcześniej. Później śnieg je zasypał. Z biegiem dni na Piku Korżeniewskiej przybywało ekip ratowniczych, których poszukiwania koordynował Aleksander Gierasimow, kierownik pierwszej bazy.
– Na wysokości 6700 widzieliśmy obsunięcie śniegu. Prawdopodobnie Krzysiek upadł na którąś z półek skalnych, miejscowi nazywają je grzebieniem. Aleksander Gierasimow powiedział nam, że poszukiwanie ciała można rozpocząć za rok, na początku lipca, nim ruszą kolejnej wyprawy. Trzeba do tego śmigłowca i 10 ludzi z linami, którzy będą przekopywali każdą z półek. Ja jestem gotowy uczestniczyć w takiej akcji. Barierą są jedynie koszty, 35 tysięcy euro – powiedział nam Arkadiusz Grządziel.
Znamy najlepszych siatkarzy wśród górników
Mistrzostwa w Żorach po raz kolejny pokazały, że sport jest ważnym elementem integracji pracowników miedziowej spółki. Dla uczestników była to nie tylko okazja do sprawdzenia swoich umiejętności, ale również do wspólnego przeżywania emocji i budowania zespołowej atmosfery.