Wprawdzie w ciągu ostatnich 20 lat obserwujemy przyrost liczby kobiet pełniących eksponowane funkcje, jednak tempo tych zmian jest nadal niezadowalające. Kobiety, mimo iż są lepiej wykształcone niż mężczyźni, zajmując te same stanowiska i mając porównywalny staż pracy, zarabiają nawet 20 proc. mniej niż panowie – komentuje profesor.
Przed świętami, na rozmowę z „Trybuną Górniczą”, dotyczącą tradycji świątecznych w swoich domach, dały się namówić kobiety „rządzące Śląskiem”: Joanna Strzelec-Łobodzińska, Krystyna Bochenek, Małgorzata Mańka-Szulik, Joanna Schmid i Ewa Malek-Piotrowska.
Co roku pasterka
Popisowym wigilijnym daniem Joanny Strzelec-Łobodzińskiej, wiceminister gospodarki, jest zupa grzybowa z własnoręcznie robionym makaronem. Zawsze na stole pojawia się karp, czasem jakaś inna ryba, kluski z makiem, kapusta z grochem oraz kompot z suszonych owoców, do którego dodaje się figi. Obok innych świątecznych ciast pani minister piecze makowiec na kruchym cieście, z ozdobną krateczką na wierzchu. Do stołu, nakrytego białym obrusem, siada się wraz z pierwszą gwiazdką, także gwiazdka przynosi wszystkim domownikom, nie tylko dzieciom, świąteczne prezenty. Pod obrus wkłada się sianko i drobne monety, żeby wszystkim szczęściło się w nadchodzącym roku, a opłatek ułożony jest na specjalnym talerzyku w kształcie gwiazdki. Żywa jest także tradycja śpiewania kolęd.
– Ozdoby choinkowe to moja słabość – zdradza pani minister. Wprawdzie w naszej domowej kolekcji są choinkowe precjoza pochodzące nawet sprzed wojny, ale co roku nie mogę się powstrzymać, żeby jakichś nowych ozdób nie dokupić.
Pani Joanna z nostalgią wspomina czasy, gdy jako dziecko wraz z babcią wykonywała ozdoby choinkowe ze słomek, bibułek i sreberek, wiele z nich zachowała do dzisiaj.
– Nie pamiętam, żebym kiedyś nie była na pasterce, choć do kościoła jest ponad kilometr i kiedy byłam dzieckiem dotarcie na nabożeństwo bywało problematyczne. Ale to był cały urok tego wyjątkowego wieczoru, z każdego z domów wychodzili sąsiedzi, nie czuło się tego, że jest ciemno, zimno i daleko – wspomina.
Książka dla każdego
Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza, opowiada, że święta w jej domu są bardzo tradycyjne, jak chyba w większości polskich, a na pewno śląskich, domów. Na ten moment cała rodzina przygotowuje się bardzo intensywnie. – Ja zawsze aktywnie pracowałam, a jest nas spora gromadka, więc obowiązki trzeba było dzielić. W Wigilię ja zaszywam się na cały dzień w kuchni, resztę obowiązków powierzając dzieciom. W tym roku do stołu zasiądzie osiem osób. Jak zwykle będzie z nami moja mama, a po raz pierwszy moja synowa – wylicza pani prezydent.
Święta od lat spędza się w domu. Zawsze jest ogień na kominku, kolędy i najbardziej wzruszający moment zasiadania do stołu. Na stół trafia barszcz ukraiński – to potrawa wymagająca sporego zachodu, więc na co dzień nie ma czasu na jej przygotowanie. Zawsze są też makówki, moczka i karp. Prezenty pod choinką są bardzo osobiste, a jako że rodzina jest bardzo muzykalna, upominki trafiają także w muzyczne gusta. Oprócz innych drobiazgów, pod choinką obowiązkowo znajdują się książki dla każdego.
Gorąca woda do pierogów
Ewa Malek-Piotrowska, wiceprezes Kompanii Węglowej ds. finansowych, od lat urządza wieczerzę wigilijną we własnym domu. Przy świątecznym stole wraz z nią zasiądzie sześć osób: życiowy partner, ich córki i przyszywana ciocia, która uważana jest za członka rodziny.
– Jestem z pochodzenia łodzianką, więc w czasie świąt zderzam ze sobą dwie tradycje – tę wyniesioną z domu rodzinnego i tę, której nauczyłam się na Śląsku. Na naszym świątecznym stole pojawia się na przykład moczka i makówki, których jednak własnoręcznie nie robię – opowiada pani prezes.
Kiedyś Wigilia u Ewy Malek-Piotrowskiej rozpoczynała się od trzech zup. Oprócz barszczu z własnoręcznie klejonymi uszkami i grzybowej z łazankami serwowano także żurek. Od jakiegoś czasu rodzina zrezygnowała z żurku, za to zarówno uszka do barszczu, jak i pierogi, udają się nadal znakomicie. Gospodyni podczas przygotowań kieruje się radą mamy, żeby do zagniatanego ciasta dodawać gorącej wody i odrobinę oliwy.
Obowiązkowym punktem menu jest pieczony karp. Przygotowanie potrawy trzeba rozpocząć dzień wcześniej: posoloną i pozbawioną największych ości rybę przekłada się warstwami cebuli i cytryny i zostawia na kilka godzin w lodówce. Potem wystarczy tylko dodać przyprawy i piec przez około 20 minut na maśle. Co roku na stole, oprócz tradycyjnych pierogów z kapustą i grzybami oraz kapusty z grochem, pojawia się jakaś specjalnie wymyślona potrawa. Zawsze są też śledzie i to aż trzy rodzaje: w zalewie octowej, w oleju i z czosnkiem.
Z dzieciństwa pani Ewa pamięta, że największą radość sprawiało jej, gdy po przebudzeniu w wigilijny ranek przekonywała się, że ustrojona choinka już na nią czeka. Ten zwyczaj przez lata kultywowała we własnym domu. W tym roku choinka – obowiązkowo prawdziwa – ubrana zostanie w brązowo-złotej tonacji z dużą ilością ozdób z naturalnych tworzyw: drewna i słomy.
– Jako dziecko, wraz z tatą, robiłam ozdoby choinkowe z cieniutkiej bibułki. Naszym popisowym dziełem były papierowe jeżyki – wspomina.
Z rodzinnej tradycji przejęła też inne zwyczaje: umieszczanie pod obrusem siana, dbanie, by przy każdym z zasiadających przy stole znalazły się drobne pieniążki na znak pomyślności oraz zwyczaj, że od wieczerzy wigilijnej nie powinno się wstawać.
– To jest zawsze problem organizacyjny, jak poradzić sobie z podaniem wszystkich potraw, więc obok stołu stawiam mały stolik żeby mieć wszystko pod ręką – zdradza pani prezes.
Jemioła pod sufitem
Z Joanną Schmid, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, udaje mi się porozmawiać po południu, w trakcie króciutkiej przerwy w pracy. – Nie ma dla mnie drugiego tak ważnego dnia w roku, jak Wigilia. To dzień uroczysty i wyjątkowy, który zmusza do osobistych refleksji, wspomnień i zadumy – opowiada pani minister. – Niesłychanie ważna jest dla mnie atmosfera świąt. Odbieram ją wszystkimi zmysłami, bowiem święta mają niepowtarzalny zapach i smak. Najważniejsza jest jednak obecność wszystkich bliskich mi ludzi.
Joanna Schmid nie występowała jeszcze w roli pani domu, odpowiedzialnej za przygotowanie wieczerzy wigilijnej. Co roku spędza ten wieczór gościnnie u swoich rodziców lub rodziców męża. W obu domach gra się na instrumentach, śpiewa kolędy, jest prawdziwa choinka. U rodziców, których dom jest udekorowany ozdobami i jemiołą, na stole pojawia się barszcz z uszkami, karp, chleb, kapusta z grzybami, makówki i pierogi. U teściów podawana jest przecierana grochówka z grzankami. To tradycyjna wigilijna potrawa z Wielkopolski, skąd pochodzi mama męża. Kolejną potrawą jest zupa rybna. Karpia podaje się natomiast z ziemniakami i z kapustą z grzybami. Na deser kompot z suszonych owoców – zazwyczaj śliwek – i makówki.
– Przy stole zostawia się zawsze wolne miejsce. Pod choinką przygotowane są prezenty, u moich rodziców kolorowe pakunki chowa się dodatkowo do poszewek na bieliznę. Dawniej chodziliśmy na pasterkę każdego roku, od kilku lat zrezygnowaliśmy z tego zwyczaju ze względu na syna. Czekamy aż podrośnie, wtedy przekażemy mu tę tradycję.
Dwie Wigilie, dwie tradycje
Krystyna Bochenek, wicemarszałek Senatu opowiada, że jej wieczór wigilijny skupia w sobie dwie tradycje. Z pierwszą gwiazdką zasiada się do stołu w domu mamy pani senator, od wojny mieszkającej na Śląsku, ale pochodzącej z Warszawy. Kuchnia jest tu znacznie lżejsza niż ta klasyczna, śląska. Jedną z potraw, za którą przepada cała rodzina, jest szary sos przygotowywany na cukrze, podawany do łazanek i ryby. Rodzina przepada za nim do tego stopnia, że dodaje go nawet do kwaśnej kapusty. Podaje się też rybę w galarecie, a zupa grzybowa to czysty, niezabielony wywar. Prezenty rozdaje się przed wieczerzą i można wstawać od stołu.
– Druga śląska wigilia przygotowywana jest przez moją teściową. Jestem dojrzałą osobą, a nigdy nie robiłam wigilii we własnym domu. Rewanżuję się mamom w pierwszy i drugi dzień świąt, goszcząc wszystkich bliskich u siebie – opowiada Krystyna Bochenek.
W tym śląskim domu wszystkie potrawy znajdują się na stole, od którego nie można wstać pod żadnym pozorem. Jest zupa rybna i makówki. Pani senator mówi, że smak makówek, które uwielbia, poznała w domu swojego męża.
– Raz zdarzyło się nam wyjechać na świąteczne wczasy i spędzać wigilię poza rodzinnym domem i wszyscy byli nieszczęśliwi – zwierza się. Zdarzały się lata, gdy mąż pani Krystyny – prof. Andrzej Bochenek – dyżurował w szpitalu, ale nawet wówczas, choć w pośpiechu, wszyscy spotykali się przy stole, żeby podzielić się opłatkiem.
Wszystkie panie, niemal do ostatniej chwili przed świętami, zajęte były obowiązkami służbowymi. Wszystkie, nie tylko z okazji świąt, chciałyby znaleźć więcej czasu dla najbliższych.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.