Matuła urodził się w Krzyszkowicach, niemal w cieniu wież wyciągowych kopalni „Anna”. W tym zakładzie, jak wielu mężczyzn z Pszowa, pracował jego dziadek i ojciec. Także i on po ukończeniu szkoły podstawowej sposobił się więc do górniczego fachu. Po maturze w Technikum Elektronicznym w Wodzisławiu Śląskim zdał egzaminy na Politechnikę Śląską, gdzie przed dwoma laty uzyskał dyplom inżyniera elektronika. Od lipca tego roku rozpoczął staż w Oddziale Łączności i Metanometrii kopalni „Rydułtowy-Anna”.
Od przygody z kick-boxingiem
Sporty walki uprawia od kilkunastu lat. Zajęcia w szkole średniej, a potem w uczelni, łączył więc z coraz intensywniejszymi ćwiczeniami w sali treningowej.
– W szkole byłem raczej spokojnym chłopakiem. Poza ringiem pozostało tak zresztą po dziś. Przygodę z kick-boxingiem rozpocząłem za namową szwagra, Eugeniusza Mandrysza. Widać, szło mi całkiem nieźle, skoro po serii krajowych sukcesów w tej dyscyplinie zostałem medalistą Pucharu Świata – wspomina, nie rozwodząc się nad szczegółami.
Na dobrą sprawę kick-boxing jest już tylko wspomnieniem, ponieważ przed dziesięciu laty Marek Matuła zdecydował się na muay thai, czyli boks tajski.
– Jest to sport z bardziej urozmaiconym repertuarem technik. Obok bokserskich w tym stylu walki stosuje się również uderzenia łokciami, kolanami oraz kopnięcia – wyjaśnia powód zmiany dyscypliny.
Wartości dowodzi w ringu
W domu Marka Matułę można zazwyczaj zastać dopiero późnym wieczorem. Na ogół milczy też jego telefon. Wiadomo, szychta, a potem trening. – Żeby być dobrym i móc liczyć na wyniki, trzeba ćwiczyć po kilka godzin 5 razy w tygodniu – mówi.
Marek Matuła jako zupełnie drugorzędne traktuje przy tym takie znamiona wtajemniczenia, jak kolory pasów, itd. – W tym sporcie swoją wartość potwierdza się tylko w ringu – przekonuje.
Zwyciężył ból
Na krajowych ringach zebrał już sporą kolekcję medali mistrzostw Polski i Pucharu Polski. Natomiast z ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w Tajlandii wrócił, niestety, na tarczy. – W ćwierćfinale kontuzja uniemożliwiła mi dalszą walkę z Kanadyjczykiem. Pech, bo prowadziłem w niej na punkty – żałuje.
Tylko mimochodem napomyka o innego rodzaju zwycięstwie. Na mistrzowski turniej do Tajlandii pojechał półtora miesiąca po pęknięciu kości w nodze.
– Lekarze stanowczo odradzali wcześniejsze zdjęcie gipsu i tak szybkie wznowienie treningów. Ale tak marzyłem o tym wyjeździe i zmierzeniu się z najlepszymi, że zignorowałem ryzyko. Na treningach oszczędzałem nogę. Przynajmniej starałem się eksploatować ją tak gdzieś na 30 proc. Owszem, bolało, ale już w ringu, w trakcie walki adrenalina stłumiła ból. Cóż, nie wyszło. Odpadłem – opowiada o tamtej wyprawie i potyczce z Kanadyjczykiem.
Wypunktowany
Marzeniem Marka Matuły jest być najlepszym w świecie. W tym roku na październikowych Mistrzostwach Świata w Korei Południowej był już bardzo bliski spełnienia tego marzenia. W finałowym pojedynku na drodze do tytułu stanął doskonały rywal, walczący u siebie w domu. Oczywiście wicemistrzostwo świata to także wielka rzecz, ale pszowianinowi żal tego najbardziej wartościowego w każdym sporcie sukcesu, który był tuż, tuż.
Wyjazdy w tak egzotyczne miejsca są, rzecz jasna, dość kosztowne, jak na kieszeń inżyniera-stażysty. Tymczasem wokół ringu w tej dyscyplinie próżno szukać w naszym kraju wielkich pieniędzy. Dlatego Marek Matuła bardzo ceni sobie przychylność, jakiej doświadcza w rybnickim Klubie „Octagon” oraz krzyżanowickim „Magicu”, ale też wsparcie w kopalni „Rydułtowy-Anna” i tutejszej zakładowej organizacji NSZZ „Solidarność”. Liczy, że na drodze do wymarzonego mistrzostwa spotka liczniejsze grono życzliwych.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.