Miał pan niebywałe szczęście grać przez 13 lat w klubie, który w każdym z tych sezonów walczył o najwyższe laury. Zdobył pan 8 tytułów mistrzowskich i 6 Pucharów Polski.
Potęga Górnika była zbudowana na węglu i rozsądnej pracy wielu ludzi, którzy wyszukiwali zawodników do klubu. W tamtych czasach nie mogliśmy liczyć na wielkie profity. Za pierwsze mistrzostwo dostałem... garnitur. Liczyło się co innego: szacunek, splendor, poważanie ze strony kibiców. Chodziliśmy na stadion piechotą razem z kibicami, bo żaden z nas nie miał samochodu, i te wszystkie ukłony, poklepywania po plecach sprawiały mi wielką satysfakcję. Był też jeszcze jeden, bardzo ważny aspekt tego naszego grania. Po zdobyciu trofeum jeździliśmy na mecze pucharowe za granicę, co w tamtych czasach dla przeciętnego Polaka było nieosiągalne. Byliśmy w Manchesterze, Glasgow, Rzymie, Linzu, Wiedniu. Ale poszaleć się za te nasze drobne nie dało.
Żaden polski klub nie zrobił tyle, co Górnik Zabrze w europejskich pucharach i żaden inny piłkarz oprócz pana nie zdobył bramki w finale takich rozgrywek.
Mimo zdobytej bramki, tego finału w 1970 roku nie będę dobrze wspominał. Przez tę Żelazną Kurtynę do Wiednia pojechały tylko dwa autokary naszych kibiców. I to w jednym były nasze żony, a w drugim sekretarze partyjni i dyrektorzy kopalń. Na stadionie było trochę austriackiej Polonii i to wszystko. W sumie na trybunach zasiadło 15 tysięcy widzów. Sceneria, w jakiej się odbywał ten mecz, w niczym nie przypominała wielkich współczesnych finałów.
Górnik przegrał ten finał 1:2, przegrywając do przerwy 0:2. Żałuje pan tego meczu?
Pewnie, że żałuję. Gdyby jeszcze Manchester City był zespołem zdecydowanie lepszym, to łatwiej byłoby się z tym pogodzić. Ale myśmy przegrali ten mecz w wyniku błędnej taktyki. Trener Matyas przestraszył się Anglików i postawił na defensywkę. Na środku obrony zagrałem ja, Floreński i Olek na dokładkę. Zrobił się z tego taki bałagan, że do przerwy było 0:2. Wtedy po raz pierwszy w karierze poprosiłem trenera, żeby zmienił taktykę na drugą połowę. Posłuchał. Zagraliśmy tak, jak zwykle i druga połowa wyglądała zupełnie inaczej. Ale rywale to cwani piłkarze. Grali na czas, a że wtedy były w tym względzie dużo większe możliwości, niż obecnie, bo była jedna piłka, nie było chłopców do podawania, to nie zdołaliśmy wyrównać.
Jak to się stało, że trener Geza Kalocsay opuścił was w połowie drogi do finału?
Kalocsay wplątał się w skandal obyczajowy i ówczesne władze dały mu dobitnie do zrozumienia, że musi opuścić Polskę. Szkoda, że tak się stało. Gdyby poprowadził nas do końca, być może dziś na tej półce stałaby mała replika Pucharu Zdobywców Pucharów...
Dużo lepiej wspomina pan pewnie półfinałowe potyczki z Romą. Przypomnę, każdy z trzech meczów kończył się remisem, a o awansie zdecydowało losowanie. Czy to był najszczęśliwszy moment w pana piłkarskiej karierze?
Nie powiem, że nie. Podchodząc wtedy do sędziego miałem w pamięci przegrane losowanie z Duklą Praga. Zdałem sobie sprawę, jak ogromną odpowiedzialność biorę na siebie, ale byłem kapitanem i musiałem to zrobić. Pamiętam to jak dziś. Fabio Capello stoi przede mną, sędzia z boku pokazuje nam zielono-czerwony żeton, bo to nie była obiegowa moneta. Szybko pokazałem palcem na zielony, bo to i kolor nadziei i górniczy. Sędzia podrzucił żeton, pozwolił mu opaść na murawę. Patrzymy – zielone na górze!
Co dostaliście za ten finał?
Nic nie dostaliśmy, bo przegraliśmy. Przed meczem drużyna wydelegowała mnie do prezesa Eryka Wyry z pytaniem: o co gramy? Idę do niego i klaruję, jaki to ważny mecz, że reprezentujemy polskie górnictwo i w pewnym sensie Polskę, w końcu pytam wprost – ile dostaniemy? A on mi na to: „Wy grejcie, a krzywdy wom nie zrobimy”. Cóż, moje pokolenie na piłce się nie dorobiło. Byliśmy amatorami prowadzonymi na etatach górniczych. Do dołowej pensji mogliśmy sobie w klubie trochę dorobić.
Zaledwie dwa lata po występie Górnika w finale PZP kończył pan karierę.
Nie z własnej woli. W 1972 roku po zakończeniu rundy jesiennej krawiec brał miary od wszystkich zawodników na nowe garnitury na tournee po Ameryce Południowej. Idę do krawca, a on nie ma mnie na liście. Lecę do kierownika, a on czerwienieje na twarzy i tłumaczy mi, że tak prezes zadecydował. Pogodziłem się z tym, choć byłem zdrowy jak ryba i silny jak dąb. Od razu miałem propozycję z Chorzowa, ale wtedy było to dla mnie nie do pomyślenia, że po tym wszystkim mógłbym zagrać w Ruchu. No i nie zagrałem nigdzie. A prezesa Wyrę spotkałem jeszcze wiele razy, ale nigdy go nie zapytałem, dlaczego mnie skreślił. I już go nie zapytam, bo parę lat temu byłem na jego pogrzebie.