Każdemu jego Everest

Kazdemu niemyjski ARC

fot: ARC

Chociaż alpejska wyprawa turystów z „Wieczorka” zorganizowana została w pogodnym zazwyczaj sierpniu, nie zawsze mogli liczyć na dobrą widoczność

fot: ARC

W życiu Zbigniewa Niemyjskiego, jak w pieśni Bułata Okudżawy, są trzy miłości. 

Pierwszą, najwcześniejszą, jest śpiewanie. 

– Moja mama bardzo lubiła śpiewać, gdy zaczynała intonować „Do bytomskich strzelców” uciekałem do drugiego pokoju, żeby nie wiedziała jak płaczę ze wzruszenia – opowiada. 

Sam ze smutkiem wyznaje, że choć bardzo chciał, nie potrafił mamie nigdy dorównać. Łatwiej śpiewać mu było w grupie przyjaciół, przy ognisku. W swym turystycznym, własnoręcznie spisanym śpiewniku, zgromadził prawie 800 piosenek. 

– Zacząłem prowadzić śpiewnik w 1975 roku. Niektórych piosenek już nie pamiętam, ale znalazło się tu też ponad 30 tekstów, które sam napisałem. Tuż po miłości do śpiewania, a może nawet równolegle z nią, w jego życiu pojawiła się miłość do gór.

Jego rodzice mieszkali na Dolnym Śląsku, tuż u stóp Góry Ślęży, więc pierwsze jego górskie wypady łączyły się ze zbieraniem malin w górach. Dotąd czuje do Sudetów największy sentyment. W 1967 roku, podczas kolonii w Rabce, na dobre zaraził się górami. Instruktor prowadzący wyjazd zabrał młodzież na Lubań i Turbacz, a tych najbardziej zapalonych na Babią Górę. 

– Miałem wówczas 11 lat, z Babiej pamiętam tylko, że było bardzo gorąco i atakowały nas roje much. Od tego momentu nie wyobrażał sobie już życia bez gór, a i cała rodzina spędzała na górskich wycieczkach każde wakacje i weekend. Obliczyli kiedyś, że pewnego roku nie pojechali w góry tylko w dwie niedziele. Dzięki temu Zbigniew Niemyjski brązową odznakę GOT zdobył o rok wcześniej, niż przewidywał regulamin, w wieku 13 lat. 

Za pierwszą wypłatę kupił sobie w Krakowie porządne buty do chodzenia po górach. Jeden ważył aż 1,5 kg. Buty były skórzane, a w środku wykładane drewnem. Wibram na podeszwie po 20 latach użytkowania starł się prawie do zera. 

– Udało mi się nawet załatwić gdzieś nowe wibramy, ale żaden szewc nie podjął się naprawy. Niestety, buty były już mocno zniszczone mimo lat pieczołowitej konserwacji i impregnowania. W Tatry pojechał po raz pierwszy w 1973 roku, gdy zdobywał dużą srebrną odznakę GOT. 

– To był sierpień, ale śnieg leżał pod Mnichem i mój brat zjechał po lodzie kilkanaście metrów w dół. Na przełęczy Szpiglasowej łańcuchy skute były lodem, a na Koziej Przełęczy, pod śniegiem nie było widać szlaku. Pan Krzysztof opowiada, że uniknął w górach prawdziwie dramatycznej sytuacji: podczas przejścia Orlą Percią, gdy próbował złapać się skały, w ręce został mu głaz wielkości główki kapusty. 

– Nie mogłem go wypuścić, żeby nie spowodować lawiny, ale równowagę było złapać bardzo trudno.
Swoimi górskim doświadczeniami dzieli się dzięki swej trzeciej miłości – działalności społecznej. Już w latach 70. szkolił i egzaminował przewodników turystyki, a podczas służby wojskowej w Mrągowie organizował wycieczki dla wojska. Obecnie szefuje kołu PTTK działającemu przy kopalni Wieczorek, którego członkiem jest od 1988 roku, działa w zarządzie oddziału górnośląskiego PTTK, ma spore doświadczenie związkowe, a swoje turystyczne wojaże opisuje w zakładowej gazetce. Przed rokiem wraz z kolegami z koła wyruszyli na wymarzoną wycieczkę w Alpy. 

– Poruszaliśmy się w dolinie rzeki Inn, w trójkącie Austria, Włochy, Szwajcaria. Wyprawa trwała 11 dni, a dzięki temu, że podróżowaliśmy hotel-busem, czyli autobusem z miejscami do spania, koszty były naprawdę niewysokie – opowiada. 

Największa wysokość osiągnięta podczas wyprawy to stacja kolejki linowej, znajdująca się 3303 metry nad poziomem morza. – Ale szczyt Mutler, mający 3296 metrów, zdobyliśmy na własnych nogach – zaznacza turysta. Alpy zrobiły na Niemyjskim dużo większe wrażenie, niż Tatry, bo gdy wejdzie się na szczyt po widnokrąg widać same góry, a różnica wysokości od podnóża do wierzchołka góry to nawet 1,5 km. 

Z górskich wędrówek, oprócz wrażeń, przywozi pamiątkowe odznaki. Jest wśród nich odznaka „Za wytrwałość w turystyce”. Żeby ją zdobyć, trzeba chodzić po górach przynajmniej 13 lat, ale zazwyczaj jej zdobywanie trwa o wiele dłużej. Jest też odznaka „Każdemu jego Everest”, przyznawana za zdobycie przewyższeń. Regulamin zdobywania złotej odznaki zakłada pokonanie 8800 metrów w pionie aż 14 razy – tyle, ile jest na świecie ośmiotysięczników. Panu Zbigniewowi brakuje do jej zdobycia jeszcze 3 tys. metrów. Okazja ku temu będzie na pewno podczas kolejnej alpejskiej wyprawy, zaplanowanej na 2009 rok. Turyści z “Wieczorka” chcą wówczas wyruszyć do doliny Zermat w Szwajcarii, która otoczona jest największym skupiskiem czterotysięczników w Alpach. 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Zapraszają na pierwsze zajęcia Energetyczno-Górniczego Uniwersytetu III Wieku

Nowy Uniwersytet III Wieku o profilu energetyczno-górniczym ma na celu stworzenie miejsca, w którym zawodowcy związani z górnictwem i energetyką będą mogli pogłębiać wiedzę o historii śląskiego przemysłu oraz współczesnych wyzwaniach technologicznych.

Górnik wrócił do domu. Niezwykłe wydarzenie w kopalni

Przed Szybem Daniłowicza w Kopalni Soli Wieliczka przez dziesięciolecia stał Górnik – trzymetrowa figura, która dla mieszkańców Wieliczki i turystów była czymś więcej niż pomnikiem. Była symbolem górniczego charakteru tego miejsca, świadkiem tysięcy spotkań i nieodłącznym tłem pamiątkowych fotografii. W 2006 roku Górnik zniknął ze swojego miejsca. Po dwudziestu latach powrócił do domu.

Pomożecie zagłosować? Miła sprawa, chodzi o film, w którym mogą wystąpić obiekty KWK Halemba-Wirek

Oddział Centrów Demontażowych Grupy KOK znalazł się w finałowej piątce (spośród 28 zgłoszonych) plebiscytu „Śląska Lokacja Filmowa 2026”. Przemysłowy obiekt ma teraz szansę na drugie życie, jako przestrzeń filmowa. Wystarczy tylko na niego zagłosować.

Nagroda za pamięć o zamordowanym bracie górniku

Za nami wyjątkowa Gala wręczenia Nagrody „Czarny Diament Wolności”, która odbyła się w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z „Wujka” w Katowicach. Tegoroczną laureatką prestiżowego wyróżnienia została Magdalena Pelc - która od lat pielęgnuje pamięć o swoim bracie Zbigniewie Wilku, jednym z Dziewięciu z „Wujka”.