fot: Arch. Jerzego Radomskiego
Żeglarz z Jastrzębia zjednywał sobie ludzi na całym świecie
fot: Arch. Jerzego Radomskiego
Jerzy Radomski, były górnik z Jastrzębia, po 32 latach żeglowania po morzach i oceanach przypłynął 27 czerwca do kraju na swoim jachcie „Czarny Diament”. W trakcie tej niezwykłej podróży jego kapitan przebył ponad 235 000 mil, co przekłada się na 11-krotne okrążenie globu.
Nie byłoby tego rekordowego wyczynu w historii polskiego żeglarstwa, gdyby nie wsparcie dawnej kopalni „Moszczenica”.
– Miałem niesamowite szczęście, że poznałem dwóch wspaniałych ludzi w tej kopalni – opowiada kapitan Radomski, który w 1962 r. przeprowadził się z Wołynia do Jastrzębia. – Dzięki pomocy naczelnego dyrektora Władysława Chlebika i dyrektora inwestycyjnego Stanisława Majki, założyłem pierwszy górniczy jachtklub w Jastrzębiu. Niektórzy żartowali nawet, że byłem przybranym synem dyrektora Chlebika. Co prawda, kopalnia nie sfinansowała budowy „Czarnego Diamentu”, ale dzięki jej pomocy mogłem go stworzyć w suchym doku na terenie zakładu. Oczywiście z udziałem przyjaciół. No i dostałem od kopalni w formie prezentu żagle – przyznaje „wilk morski” z Jastrzębia.
Zaczaił się w ubikacji
W 1970 r., jeszcze przed zbudowaniem „Czarnego Diamentu”, wraz z kolegami z jachtklubu „Delfin” Radomski postanowił wyruszyć w pierwszy górniczy rejs, biorąc azymut na Wyspy Kanaryjskie. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było zebrać fundusze i uzyskać m.in. zgodę władz partyjnych. A towarzysze z Komitetu Powiatowego PZPR w Wodzisławiu Śląskim zaczęli śmiałkom rzucać kłody pod nogi.
– W tej sytuacji pojechałem do Katowic, by spotkać się z wojewodą Jerzym Ziętkiem. Szanse na rozmowę w cztery oczy były równe zeru, jakiś sekretarz nie chciał mnie do niego wpuścić. Ale ja nie zamierzałem rezygnować. Wypiłem drinka z portierem, który stał się bardziej rozmowny. Powiedział mi, do której z trzech toalet na piętrze chodzi „Jorg”. Zaczaiłem się na niego w korytarzu, przed wskazaną mi toaletą. Długo czekałem, ale wiedziałem, że w końcu przyjdzie. Kiedy Ziętek wyszedł z gabinetu za potrzebą, ja już byłem przy nim i szybko powiedziałem mu, z czym przyjechałem. „Jorg” bez ceregieli załatwił sprawę, nie tylko poparł rejs na Wyspy Kanaryjskie, ale jeszcze przekazał na rzecz naszego jachtklubu górniczego „Delfin” 60 tysięcy złotych – wspomina ze śmiechem dawną historię Radomski.
Od młodości miał duszę poszukiwacza przygód morskich, jednak zanim wyruszył na morze, przez 15 lat pracował w kopalni „Moszczenica”. Był elektrykiem w oddziale metanometrii.
RPA kusząca złotem
– Nie mogłem narzekać, praca była ciekawa, chociaż trochę niebezpieczna. Wiadomo – metan. Gdy wyruszyłem w długi rejs po świecie, znów mogłem zostać górnikiem. Przez te 32 lata żeglowania nie tylko znajdowałem się na morzu, ale także pracowałem. W RPA dostałem ofertę pracy w kopalni złota – robota lżejsza, choć w bardziej niebezpiecznych warunkach, za dużo większe pieniądze niż w Polsce. Odmówiłem, wolałem nie ryzykować. Z kolei w Australii budowałem tunel, w Nowej Zelandii w gazecie pracowałem, zaś w USA jachty remontowałem i kładłem marmur. Mój jacht był także źródłem zarobkowania, u wybrzeży byłej Jugosławii pływałem na nim z turystami. Jak to Polak, żadnej pracy się nie bałem – zapewnia Radomski, który w trakcie 32 lat żeglowania ani razu nie zawinął do polskiego portu. Do ojczystego kraju przyjeżdżał jednak, by odwiedzić rodzinę, korzystając z innych środków lokomocji, takich jak samolot czy też samochód.
Radomski jest dumny ze swojego jachtu, który rozsławiał także polskie górnictwo. Przykładowo na Fidżi gazety pisały, że „Czarny Diament” jest jachtem z kopalni „Moszczenica”.
Radomski odbył najdłuższy rejs w historii rodzimego żeglarstwa, ale już ciągnie go na morze. Zanim postawi żagle na „Czarnym Diamencie”, zamierza odwiedzić Jastrzębie, gdzie zaczęła się ta niezwykła historia...