Inżynier górnik rozpoczynający pracę po studiach otrzymuje wynagrodzenie w wysokości około 2580 zł brutto. Czy można się spodziewać, że młodzi ludzie zamiast pracy w polskich kopalniach wybierać będą emigrację?
- Niestety tak, ponieważ te zarobki są niewspółmierne do wysiłku, jaki młody inżynier wkłada w edukację i pracę. Chciałbym przypomnieć, że na początku polskiej transformacji wyższy dozór w górnictwie zarabiał trzy, cztery pensje krajowe. Pensja 2580 brutto nie pozwala człowiekowi, który posiada niepracującą żonę i rodzinę, na ich utrzymanie. Nie widzę więc możliwości, aby zatrzymać w kraju wszystkich utalentowanych inżynierów, którzy bez trudu, jak sądzę, znajdą prace za granicą.
Jednak oprócz przyczyn finansowych na odchodzenie kadr z przemysłu wydobywczego ma także wpływ upadek etosu pracy górniczej.
- Na tę sytuację złożyło się wiele przyczyn. 10 lat temu po raz pierwszy w badaniach socjologicznych dowiedziałem się, że żaden spośród 1000 ankietowanych licealistów nie myśli o zawodzie górnika. Już wtedy miałem wrażenie, że sponiewieraliśmy ten zawód. Oczywiście zawód górnika kojarzył się z realnym socjalizmem, megalomańskimi określeniami, ale dziś pora, żeby spojrzeć na górnictwo zupełnie spokojnie i chłodno. To sektor, który daje pracę 120 tys. ludzi, utrzymanie ich niepracującym żonom i uczącym się dzieciom oraz zajęcie i dochody kooperantom. Z tej branży żyje w tej chwili prawie 400 tys. osób! Węgiel wymaga pewnego szacunku, ale jednocześnie świadomości, że kiedyś się wyczerpie i musimy przygotować ludzi na odejścia z kopalń tak, aby było to jak najmniej bolesne.
W tej chwili jednak problemem jest odwrotna sytuacja, mianowicie niedobór kadr. Rektorzy uczelni górniczych zwracają uwagę, że zaledwie od kilku lat zwiększyło się zainteresowanie kształceniem na ich kierunkach.
- To ciekawe, że utworzone klasy górnicze cieszyły się w ubiegłym roku bardzo dużym zainteresowaniem, na każde miejsce w takiej klasie przypadały dwie kandydatury.
Tak, ale w bieżącym roku tendencja była już odwrotna.
- Bo to jest bardzo ciężka praca, być może dająca satysfakcję, ale powinna przynosić także godne wynagrodzenie. Przypominam, że w tej chwili średni zarobek górnika dołowego to 1,5 czy 1,8 średniej krajowej, kiedy rozpoczynałem swoje badania to było 2,5 średniej krajowej. Proszę pamiętać o skali ryzyka, jakie niesie ze sobą ta praca i niezwykle trudnych warunkach.
Podwyżki wynagrodzeń są więc warunkiem koniecznym, aby w górnictwie zatrzymać pracowników?
- Inżynier decydujący się na niezwykle ciężką i odpowiedzialną pracę, w tle której znajdują się tak tragiczne wypadki, jak ten w Halembie, musi godnie zarabiać, inaczej stracimy najlepsze kadry.
Tym bardziej, że Europa stoi otworem.
27 krajów jest otwartych, wkrótce otworzą się także kraje spoza Unii Europejskiej. Szanse na znalezienie pracy dla dobrze przygotowanych polskich inżynierów są bardzo duże. Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz. Po okresie spadku prestiżu w latach 1997-2005 zawód górnika w ocenie społecznej wraca na wysokie miejsce. To nie jest jeszcze pierwsza, ani druga pozycja, ale już piąta. Wpływ na takie postrzeganie miała zapewne też trauma halembska. Z drugiej strony etosu pracy, o którym pani mówiła, nie da się odbudować tak szybko.
Czy jednak można coś w tym celu zrobić?
- Czasem myślenie człowieka potrafią zmienić drobne rzeczy. Moim długoletnim przyjacielem był nieżyjący sztygar Piotr Nowak. Sztygara Nowaka, który wiele lat przepracował w górnictwie, najbardziej bolało to, że w pewnym momencie transformacji przestał otrzymywać zaproszenia na uroczystości barbórkowe. Dla niego to był fundament, całe życie oddał kopalni, a ona odwdzięczyła mu się słabo, przecież udźwignęłaby koszty ćwiarteczki wódki. Czasem małe ruchy mogą bardzo człowieka dowartościować. Trudu górniczego nie można postponować. Oczywiście, odejść trzeba od retoryki cywilizacyjnej misji, bo świat kopalni, „gruby-dobrodziejki”, już nie wróci. Ale to ciągle świat teraźniejszy dla grupy 400 tys. osób, które z kopalni żyją. Dlatego odbudowanie szacunku jest konieczne.