Rozmowa z DOMINIKIEM KOLORZEM, przewodniczącym Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”
Ubiegły rok w górnictwie kończyliśmy z pewną dawką optymizmu. Nowelizacja ustawy górniczej została uchwalona przez parlament i podpisana przez prezydenta, a 29 grudnia podpisano porozumienie w sprawie PG Silesia, kończące ośmiodniowy protest w tej kopalni. Tymczasem minęło zaledwie kilka tygodni i w zasadzie nie ma na Śląsku spółki górniczej, w której związkowcy – w trybie pilnym – nie spotykaliby się z przedstawicielami rządu.
Rzeczywiście, miniony rok kończyliśmy w miarę przyzwoitych nastrojach, choć od samego początku mówiłem – nawet gdy ustawa górnicza weszła w życie – że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ta ustawa powoduje „tylko i aż” tyle, że pracownicy spółek górniczych, w tym JSW, PGG czy Południowego Koncernu Węglowego, będą mogli korzystać z osłon socjalnych.
Generalnie rzecz biorąc, od połowy stycznia mamy swoiste déjà vu i powrót do złych praktyk. Dowiadujemy się, że nie ma finansowania na wygaszanie górnictwa węgla kamiennego, co jest niezgodne z umową społeczną. Słyszymy, że właściciel PG Silesia nie chce respektować porozumienia, które sam podpisał – w tym przypadku aż same cisną się na usta mocne słowa. Bardzo trudna sytuacja jest także w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, choć jest nadzieja na porozumienie, pod warunkiem akceptacji załogi.
To wszystko może przypominać rok 2015. Wynika to m.in. z problemu, o którym mówimy od lat: braku jednego ośrodka decyzyjnego w kwestii energetyki i górnictwa. Mamy rozproszone ministerstwa, które same do końca nie wiedzą, za co odpowiadają, kłócą się między sobą, a efekty tego widać potem „na dole”.
Zacznijmy od JSW. Co właściwie wydarzyło się tam dwa tygodnie temu? W poniedziałek 26 stycznia wiceminister aktywów państwowych Grzegorz Wrona na łamach netTG.pl apeluje o ciszę podczas rozmów między związkowcami a zarządem spółki, a dzień później do Jastrzębia-Zdroju przyjeżdżają marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty wraz z wiceministrem energii Marianem Zmarzłym i publicznie zabierają głos w sprawie spółki. Zaledwie kilka godzin później negocjacje zostają zawieszone.
To pytanie raczej do marszałka Czarzastego oraz ministrów Wrony i Zmarzłego. Pan marszałek przyjechał i bardzo dużo naobiecywał. Umówmy się jednak – owszem, jest to koalicjant, ale obietnice z jego ust nie mają pokrycia w rzeczywistości. Ta wizyta niewątpliwie namieszała w negocjacjach, które zostały zawieszone przez stronę rządową i zarząd JSW. Na szczęście strony spotkały się ponownie. Zawarto bardzo trudne porozumienie, które będzie wymagało akceptacji załogi w referendum. Ludzie będą musieli zdecydować, czy „zacisnąć pasa” ze świadomością, że alternatywą jest utrata płynności finansowej i upadłość, o której wspomina Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Co, pana zdaniem, jest przyczyną trudnej sytuacji Jastrzębskiej Spółki Węglowej, abstrahując od okresów koniunktury czy dekoniunktury rynkowej? Czy JSW nie stała się ofiarą własnego sukcesu sprzed kilku lat, który został po prostu „przejedzony”?
W pewnej części tak, ale mieliśmy tam przede wszystkim do czynienia z niesamowitym chaosem w zarządzaniu. Do spółki o takim potencjale powoływano ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego ani z górnictwem, ani z zarządzaniem dużymi grupami kapitałowymi. Wymyślali oni dziwne rzeczy, jak choćby wynajęcie firmy zewnętrznej do opracowania planów naprawczych. Te plany okazały się katastrofą. Z tego co wiem, prokuratura wszczęła śledztwo, bo wydano blisko 40 milionów złotych na firmę doradczą, podczas gdy nieoficjalnie wiadomo, że dokumentację tworzyli pracownicy JSW. To skandal, za który ktoś powinien ponieść odpowiedzialność.
W mojej ocenie od lat 2022-2023 podejmowano tam bardzo dziwne decyzje. Potrzebny jest głęboki, niezależny audyt zewnętrzny, aby prześledzić działania zarządów, które doprowadziły do utraty płynności. Fundusz stabilizacyjny JSW wynosił blisko 7 miliardów złotych. „Przejedzenie” takiej kwoty w niespełna 16 miesięcy to – w negatywnym sensie – mistrzostwo świata. Wygląda to tak, jakby spółka w tym czasie nie miała żadnych przychodów, a przecież je miała. Pytanie brzmi: gdzie „przewalono” te 7 miliardów? Ludzie czekają na odpowiedź. Znów mamy sytuację, w której najmniej winni na dole mają ponosić największe konsekwencje.
Przejdźmy do PG Silesia. Od porozumienia minęło kilka tygodni, a pracownikom wręczane są wypowiedzenia, o których w dokumencie nie było mowy. Generalnie w kopalni panuje duże zamieszanie, w tle iskrzy jeszcze konflikt związków zawodowych. Co może pomóc tej spółce? Tylko i wyłącznie kolejna nowelizacja ustawy górniczej?
Jedynie nowelizacja ustawy górniczej może realnie pomóc PG Silesia. Środowisko górnicze również może wesprzeć proces, ale tu wymagana jest decyzja właścicielska w kwestii ewentualnej alokacji pracowników do spółek Skarbu Państwa.
Chcę jednak wyraźnie podkreślić jedną rzecz: to, co robi właściciel PG Silesia, firma Bumech i jej prezes, to po prostu – mówiąc w skrócie – „bandyterka”. Człowiek, który po podpisaniu porozumienia twierdzi, że nie wiedział, co robi, budzi strach jako szef dużej firmy podpisującej kontrakty zbrojeniowe z rządem. Żyjemy w kraju, w którym nie wyciąga się konsekwencji wobec kogoś, kto wypina się na wszystkich i łamie własne zobowiązania. To powrót do „wolnej amerykanki” z początku lat 90. Kapitalista kupi sobie kolejne jachty za zyski wypracowane przez górników na Silesii, a ludzi traktuje jak przedmioty i zostawia na lodzie. To po prostu świństwo ze strony pana prezesa.
Czarne chmury zbierają się także nad Polską Grupą Górniczą. Związkowcy alarmują przed rychłym brakiem środków na dalsze funkcjonowanie.
Chcę, by to jasno wybrzmiało: to są środki na długofalową likwidację polskiego górnictwa do 2049 roku. Tych pieniędzy w budżecie po prostu nie ma. W PGG wystarczy ich prawdopodobnie do maja, w Południowym Koncernie Węglowym może do czerwca. I co dalej?
Jednocześnie system energetyczny, szczególnie zimą, opiera się na węglu. Bez paliw konwencjonalnych nie przetrwalibyśmy mrozów. Energetyka kupuje węgiel z polskich kopalń bardzo tanio, poniżej cen rynkowych. Górnictwo znów dotuje energetykę, która korzysta z olbrzymich subwencji na OZE, a swojego partnera traktuje po macoszemu. Obawiam się, że biorąc pod uwagę to, co mówi pan minister Domański, a można to okrasić klasykiem „Pieniędzy nie ma i nie będzie”, dojdzie do sytuacji, w której – i tu znów posłużę się cytatem, tym razem z czasów komuny – „Zima wasza, wiosna nasza”.
Chciałbym zapytać jeszcze o osłony socjalne, wynikające ze znowelizowanej ustawy górniczej. O ile urlopy górnicze cieszą się zainteresowaniem, o tyle po jednorazowe odprawy wcale nie ustawiają się kolejki chętnych. Z czego to wynika? Kwota 170 tys. zł netto jest zbyt niska na rozkręcenie biznesu, czy pokutuje raczej pamięć o odprawach branych przez odchodzących z kopalń 25 lat temu, co różnie się dla górników kończyło?
Wynika to przede wszystkim z faktu, że w województwie śląskim – poza sektorem zbrojeniowym – niemal wszystko się zwija: górnictwo, energetyka, przemysł samochodowy. Ludzie widzą, że o pracę jest coraz trudniej. Jeśli już się ją znajdzie, to za znacznie niższe wynagrodzenie niż w obecnych branżach.
Brakuje reakcji rządu na nasze postulaty z demonstracji 4 listopada. Jedyną reakcją było pismo premiera Tuska do ministrów, by zorganizowali spotkanie. Minęły trzy miesiące i nikt nie powiedział ani słowa. Nie chcę nikogo straszyć, ale czeka nas bardzo ciężki okres. Na Śląsku nie kreuje się nowej, pozytywnej rzeczywistości – wszystko, co się rusza, jest likwidowane. Duży wpływ ma na to szalona polityka klimatyczna, którą polski rząd kontynuuje od dwudziestu lat.
Likwidacja trzeciej zmiany w Stellantisie w Tychach to według pana kolejny dowód na upadek mitu motoryzacji jako „alternatywy” dla górników? Bo nie dość, że odchodzący z kopalń pracownicy raczej nie znajdą pracy w branży automotive, to jeszcze będą musieli rywalizować o miejsca pracy z odchodzącymi właśnie z firm motoryzacyjnych.
Trafił pan w sedno. Mamy olbrzymie obawy, że Stellantis wycofa się w ogóle z Europy Wschodniej. Segment automotive, który kilka lat temu był najatrakcyjniejszym rynkiem pracy, stał się rynkiem wysokiego ryzyka. Wycięliśmy las pod Izerę i nic się tam nie dzieje. Nie kreujemy nowego przemysłu, a przecież wszyscy w muzeach pracować nie będziemy.
Nie róbmy ze Śląska skansenu bezrobocia ani muzeum. Przewidywaliśmy to już 15 lat temu – polityka klimatyczna uderzy najmocniej w energetykę, górnictwo i motoryzację. Ludzie nam nie wierzyli, a teraz widzą efekty. Jedyną nadzieją jest całkowite przewartościowanie polityki klimatycznej i systemu ETS. Niedawno w Czechach premier Babiš apelował o reformę tej polityki. Podobne głosy słychać ze Słowacji, Włoch, Rumunii czy Węgier. Nawet w Niemczech gospodarka jest przyduszona „zielonym wariactwem”. Czy coś z tego wyjdzie? Największe możliwości ma polski rząd i Donald Tusk. Zobaczymy, czy jego pozycja w UE jest faktycznie mocna, czy to tylko propaganda.
Widzi pan w ogóle jakiekolwiek zalążki „Śląska 2.0”?
Pytam o to wszystkich decydentów od lat. Gdzie są te nowe miejsca pracy, nowoczesne firmy i przemysł obiecany w programach dla Śląska? Śląsk się wyludnia, młodzi migrują do Warszawy, Poznania lub za granicę. Stajemy się regionem starych ludzi i zgaszonego światła, podobnie jak tereny pogórnicze w Pas-de-Calais we Francji czy Bochum w Niemczech, które miałem okazję obserwować z bliska.
Być może wynika to z faktu, że na Śląsku mamy słabych posłów, którzy nie mają przełożenia na Warszawę. Stolica patrzy na nas z góry od półtorej dekady. Nie chcę się chwalić, ale jedynymi ludźmi, którzy realnie chcą coś dla tego regionu zrobić i mają pomysły, jesteśmy my – Solidarność i związki zawodowe. Świat nauki zaczął z nami współpracować, ale to wciąż za mało, bo nie mamy mocy decyzyjnej. Decydują ci, których wybieramy, a problem polega na tym, że wybieramy wciąż tych samych, którzy jedyne, co mogą, to załatwić coś dla siebie, a nie dla tego regionu.
W zeszłym tygodniu Czesi pożegnali ostatnią kopalnię węgla kamiennego. Będą tego żałować?
To jednak zupełnie inna skala. Czechy to znacznie mniejszy kraj niż Polska, ale oni wciąż mają elektrownie węglowe. Z naszej perspektywy to szansa – możemy tam lokować swój węgiel, bo oni nadal produkują prąd z tego surowca. Ich transformacja szybciej przejdzie w fazę końcową, ale regiony takie jak Karwina wcale nie wyglądają najlepiej; tam również nie wykreowano wystarczającej liczby nowych miejsc pracy. Skoro podjęli taką decyzję, to my przynajmniej skorzystajmy z okazji i sprzedawajmy im nasze nadwyżki węgla.
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.
Twój komentarz czeka na zatwierdzenie przez moderatora
Twój komentarz czeka na zatwierdzenie przez moderatora