Ćwierć wieku temu wziął odprawę i odszedł z kopalni. Nie miał żadnych planów. Dziś prowadzi warsztat samochodowy. – Jak mi się kopalnia przyśni, to się cieszę, że to był tylko sen. Nie powiem, że od początku mi się układało. Ale też nie żałuję, że odszedłem w ramach tamtej restrukturyzacji. Dziś postąpiłbym podobnie – deklaruje były górnik i ratownik górniczy Janusz Fudal.
Na rękę dostał niewiele ponad 40 tys. zł, a na drogę uścisk dłoni dyrektora kopalni Powstańców Śląskich w Bytomiu.
– Z tych 40 tys. musiałem – jak pamiętam – dwukrotnie zapłacić podatek. Dziś dostałbym 170 tys. bez podatku. Szczerze? I tamte, i obecne pieniądze nadają się tylko do tego, żeby wpłacić je na konto i czekać na marne odsetki. Taka jest prawda. Za 170 tys. nie da się uruchomić żadnej własnej działalności. To marzenie ściętej głowy – śmieje się Janusz Fudal.
Jedenaście lat przepracował na dole, w tym przez dziesięć lat w charakterze ratownika górniczego.
– Pewnie byłbym już na emeryturze górniczej, gdybym wtedy nie zdecydował się na odejście. Ja nie przyszedłem pracować do kopalni, żeby z niej odchodzić po jedenastu latach. Tym bardziej, że jeszcze na kilka miesięcy przed zamknięciem zakładu roztaczano przed naszą załogą wizję dobrobytu. Zakład miał fedrować przez kolejnych pięćdziesiąt lat. A potem z dnia na dzień przyszła informacja, że jednak będą kopalnię zamykać. Zdecydowałem się wziąć odprawę. Pamiętam, że gdy wróciłem z pracy do domu i powiedziałem o tym żonie, to była czarna rozpacz. Dwoje małych dzieci i żona, a ja odchodzę z kopalni. Dokąd? No właśnie, nie bardzo wiedziałem dokąd, bo za te psie pieniądze, które dawano, to można było kupić sobie wtedy Lanosa albo wyjechać na zagraniczną wycieczkę. Wielu zresztą tak zrobiło. Ja zaniosłem pieniądze do banku, imałem się różnych zajęć i w końcu wyjechałem za pracą do Niemiec – wspomina były górnik.
Po powrocie do kraju trafił przypadkowo na ogłoszenie zamieszczone w jednej ze śląskich gazet. Poszukiwano spawacza do warsztatu samochodowego w Katowicach. Zainteresował się ofertą. W końcu ją przyjął.
– To był warsztat wyspecjalizowany w tłumikach do samochodów różnych marek. Poznałem ten fach i po pół roku zapaliła mi się w głowie przysłowiowa lampka. Skoro pracuję u kogoś, to co niby stoi na przeszkodzie, żebym zabrał się za taką samą robotę, będąc na swoim? Zacząłem rozglądać się po okolicy za jakimś miejscem do rozpoczęcia działalności – opowiada dalej Fudal.
Po kilku tygodniach chodzenia od drzwi do drzwi znalazł upragnione cztery kąty na terenie byłej fabryki folii przy ul. Strzelców Bytomskich w Bytomiu, niemalże vis-a-vis zlikwidowanej kopalni Powstańców Śląskich. Właściciele terenu zgodzili się na dzierżawę.
– Jak to miejsce wyglądało? Szkoda gadać! Wszystko własnymi rękami adaptowałem do stanu używalności. Kupiłem jakieś narzędzia, wysłużony podnośnik i wziąłem się za robotę. Harowałem od świtu do nocy. Po kolei zdobywałem kolejne uprawnienia i wciąż to, co zarobiłem, inwestowałem w warsztat. Takie były początki mojego biznesu – dodaje.
Po prawie dwudziestu latach działalności w branży naprawy samochodów Janusz Fudal rozwinął swój biznes. Kupił spory kawałek gruntu w Radzionkowie i postawił halę z kanałami i dwoma stanowiskami wyposażonymi w podnośniki.
– Nie obeszło się bez kredytu. 1800 mkw. ziemi. Ile to w sumie kosztuje? Nawet nie powiem, bo kwota z nóg zwala. To są doprawdy potężne inwestycje. Żadne odprawy na to nie wystarczą. Za te dzisiejsze 170 tys. można by zakupić jedynie jakiś podstawowy sprzęt, a gdzie pomieszczenia, opłaty, podatki? W pojedynkę człowiek w życiu na to wszystko nie jest w stanie zarobić. Proszę spojrzeć na parking. Trzy samochody stoją w kolejce, w tym jeden własny. Zimą wielu kierowców nie wsiada w ogóle za kółko. Mało kto zajeżdża do warsztatu. Trzeba się utrzymywać z oszczędności: zakład, siebie, rodzinę i pracownika, którego zatrudniam od 20 lat. Lepiej będzie od wiosny do jesieni. Tak jest każdego roku. A póki co, trzeba myśleć o zakupach. W takim warsztacie co chwila pojawiają się nowe potrzeby. Na rynku trzeba być konkurencyjnym. Dziś łatwiej stracić niż zyskać. Zresztą zawsze tak było – przyznaje.
Na pytanie, czy skorzystałby z odprawy, gdyby właśnie teraz zaproponowano mu odejście z górniczego fachu, Janusz Fudal odpowiada bez zastanowienia – zdecydowanie tak.
– Gdy ponad 30 lat temu przyjmowałem się do pracy w kopalni, ani przez chwilę przez myśl mi nie przeszło, że ze ściany trafię do kanału – śmieje się i przyznaje:
– Łatwo nie było, ale był upór i pewnie też sprzyjający los. Jak mi się kopalnia czasami w nocy przyśni, to się cieszę, że to był tylko sen. Pracuję na swoim, jestem właścicielem, pracownikiem i sprzątaczem w jednej osobie. To mi się podoba.
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.
Twój komentarz czeka na zatwierdzenie przez moderatora
Twój komentarz czeka na zatwierdzenie przez moderatora