Wyjątkowo długi czas świętowania się skończył i wszystko wraca do starego rytmu. W noworocznym wydaniu jednego z tygodników przeczytałem artykuł o kopalni Silesia i… nie tylko.
Najpierw przeczytałem, dopiero potem zerknąłem na nazwisko autora. Kiedyś kojarzyło mi się z innym, skandalizującym magazynem. Zapamiętałem liczne nieprawdy i konfabulacje. Od sprzedaży Silesii minęło 15 lat i nawet ci, którzy wtedy śledzili medialne doniesienia o tej transakcji, mieli prawo zapomnieć. Nowi czytelnicy mogą uznać ten tekst za źródło prawdy.
Jak wspomniałem, po około dwóch miesiącach od rozpoczęcia tej sprzedaży przejąłem jej prowadzenie. Zgłosił się wtedy jako oferent szkocki inwestor nazwiskiem Gibson, który zaoferował podobno za Silesię 250 mln zł. Z tym „biznesmenem” zetknąłem się, choć nie bezpośrednio, już wcześniej. Zwrócił się do mnie jeden ze znajomych z Dolnego Śląska z prośbą o ocenę wykonalności projektów czy pomysłów na budowę czy właściwie odtworzenie kopalni węgla kamiennego w rejonie Nowej Rudy/Ludwikowic Kłodzkich i szeregu innych inwestycji. Rejon ten borykał się z wysokim bezrobociem, więc inwestor był postrzegany jako zbawca. Mimo przychylności wszystkich miejscowych, nic pozytywnego się jednak nie wydarzyło.
Kiedy więc zostałem wiceprezesem Kompanii Węglowej i prowadziłem sprzedaż Silesii wiedziałem, że za szkocką fasadą nie ma nic. Postanowiliśmy więc sprawdzić wiarygodność tego biznesmena i jego firmy. Okazało się, że jego spółka zarejestrowana w Glasgow miała kapitał zakładowy wynoszący… dwa funty, tyle bowiem najmniej potrzeba do założenia spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Jedna pracownica odbierająca pocztę i brak śladów aktywności gospodarczej. Kontynuowanie takiej transakcji nie miało sensu. Wbrew temu, co pisze autor przywołanego przeze mnie artykułu, nawet wadium nie mogliśmy zwrócić, bo było tylko gwarancją bankową.
Ogłosiliśmy więc kolejną sprzedaż Silesii i w tym przypadku dwóch oferentów sprawdziliśmy już na początku. Jeden z nich był zarejestrowany w budynku mieszkalnym w jednym z czeskich miast. Dopiero w trzeciej sprzedaży pojawił się poważny podmiot, który dokapitalizował wcześniej założoną przez pracowników spółkę PG Silesia i w istocie przejął nad nią kontrolę. Negocjacje trwały długo, ale wspominam je dobrze, ponieważ nasi partnerzy, czyli czeskie EPH, grali uczciwie. Posuwaliśmy się krok po kroku, wyjaśniając różne kwestie. Kiedy domknęliśmy transakcję, pozostał jeszcze jeden temat w postaci umowy społecznej, której podpisanie było warunkiem tej transakcji. Podpisaliśmy zatem umowę warunkową, a już bez udziału Kompanii Węglowej negocjowali ją przedstawiciele związków zawodowych i czeskiego inwestora. Wreszcie w grudniu 2010 r. podpisaliśmy akt notarialny kupna-sprzedaży i protokół przekazania kopalni.
To, że Kompania Węglowa sprzedała tę kopalnię, wynikało rzeczywiście z oceny ekspertów, że Silesia nie ma szans na rentowne wydobywanie węgla. Byłem jednym z tych ekspertów! A po sprzedaży obserwowałem Silesię uważnie i wykupywałem jej sprawozdania finansowe. Pomimo dużych inwestycji zrealizowanych przez EPH, spółka PG Silesia notowała cały czas straty. Potwierdzały to oceny ekspertów – gdyby ta kopalnia została w rękach państwowych, zostałaby zlikwidowana w okolicach 2015 czy 2016 r. Przed sprzedażą przestrzegałem kolegów z ruchu Brzeszcze, że oddzielenie i sprzedaż Silesii pokażą, jak dobre są samodzielne Brzeszcze. Połączenie tych dwóch ruchów miało tylko administracyjny charakter i technicznie oraz ekonomicznie nie dawało korzyści. Zanim polski Bumech kupił Silesię, zamierała ona. Przyznam, że kiedy dowiedziałem się, że kopalnia została kupiona za kwotę mniejszą niż my, Kompania Węglowa, ją sprzedaliśmy, to odetchnąłem z ulgą. Bo w istocie jako firma zrobiliśmy dobry interes, sprzedając straty finansowe za żywą gotówkę. Co stało za decyzją odkupienia tej kopalni, nie wiem i nie rozumiem. Inwestor powinien jednak ponosić skutki swoich decyzji. Po ludzku żal mi pracowników tej kopalni, choć przyjęli reguły tej gry.
Zaczynałem od pewnego artykułu i największą głupotą, jaką w nim znalazłem, były słowa, że przyczyną katastrofy w kopalni Halemba (2006 r.) było cięcie palnikami gazowymi wielkiego urządzenia, czyli ściany, na mniejsze kawałki, w zatamowanym rejonie. Napisał to pracownik mediów od przeszło dwudziestu lat zajmujący się Śląskiem i górnictwem. Wstyd!
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.