Do tej morderczej rywalizacji stanęło 2,2 tys. zawodników z 37 państw. Wzdłuż trasy poprowadzonej najbardziej malowniczymi zakątkami Frankfurtu nad Menem dopingowało ich prawie pół miliona kibiców. Jednak Goj ani nie epatuje zajętym na mecie miejscem, ani zdobytym mianem Ironmana, czyli żelaznego człowieka.
– Często bywam pytany: po co to robię i co z tego mam? Na ogół miewam kłopoty z udzieleniem odpowiedzi zrozumiałej dla pytającego. Na mecie triathlonu we Frankfurcie popłakałem się ze szczęścia, choć ten klasyczny dystans pokonałem już wcześniej trzykrotnie. Każdemu życzę takiej chwili i takiego przeżycia. Te łzy byłyby chyba najlepszą odpowiedzią dla ciekawych – mówi o doznaniach, płynących ze zwycięstwa nad własnymi słabościami.
„Żelazny człowiek” z Piekar Śląskich przyznaje, że 3 km przed metą, po prawie 14 godz. walki, był już tak wyczerpany, że zaczął powątpiewać, czy zdoła dobiec do mety. Swoistym dopingiem, który pomógł mu w przezwyciężeniu kryzysu były... wnuczki Iwon i Nikol.
– Umówiliśmy się, że ostatnie 100 m przed metą pobiegną wspólnie ze mną. Nie mogłem ich zawieść. Musiałem tam dobiec – tłumaczy.
Jerzy Goj z naciskiem podkreśla, że nade wszystko dziękuje Bogu, że zdołał ukończyć tak trudne zawody. Ale ciepłe słowa kieruje też pod adresem Kompanii Węglowej, bez wsparcia której nie mógłby wystartować w prestiżowym triathlonie.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.