Czego nigdy nie zapomnę?
Podróży koleją transsyberyjską. Jechaliśmy w doprawdy komfortowych warunkach. Ograniczeniem były rowery, które wylądowały na górnych łóżkach. W wagonie podróżowało w sumie około 25 ludzi w różnym wieku. Większość to młodzież z Anglii i Niemiec. Wbrew pozorom tydzień w pociągu minął bardzo szybko. Na jednym z przedziałów zawisła kartka „Irisch pub open 24 h”, gdzie trwała nieustanna dyskusja i wznoszono toasty. Jedni wychodzili, drudzy wchodzili, po paru dniach byliśmy jedną rodziną. W środku korytarza wisiał rozkład jazdy pociągu z wyszczególnionymi czasami postoju pociągu. Każdy mógł się przygotować i zrobić na stacji niezbędne zakupy.
W samym pociągu obsługa dbała o samowar z wrzątkiem, tak wiec herbata czy chińska zupka mogła być robiona o każdej porze. Pejzaż za oknem to smutna Syberia, z dość zaniedbanymi obejściami. Atrakcją było jezioro Bajkał. Zamarznięta tafla latem – swoisty obraz trudnych warunków, w jakich muszą żyć miejscowi.
Sporo czasu zabrało nam czekanie na wjazd do Mongolii. Stacja graniczna była w remoncie. Trzech pracowników, w tym jeden uczestnik wojny afgańskiej, zaprosiło nas do zwiedzania remontowanych przez siebie pomieszczeń.
Co przyprawiało mnie o ciarki na plecach?
Otóż na dworcu w Pekinie podczas pompowania koła rozpadła się dętka. Zmieniając ją na jedyną zapasową i wiedząc, że mam nietypowe wentyle rozmyślałem, jak też uda mi się przejechać resztę trasy. W hotelu, gdy spoglądałem na mapę, dotarło do mnie, na co się porwałem. Sama myśl o ogromie przestrzeni, którą miałem pokonać, powodowała, że z obawą zacząłem patrzeć na rower.
Dzięki GPS-owi nasza podróż stała się o wiele prostsza. Nie tak łatwo wyjechać z wielomilionowego miasta, bardzo zatłoczonego, zwłaszcza, że napisy tylko po chińsku. Z biegiem czasu zapamiętywaliśmy niektóre „krzaczki” i wiedzieliśmy, czy dobrze jedziemy.
Drogi mają zrobione pod rowerzystów, czyli szerokie pasy po bokach. Pomijając powszechny smog, podróżowało się w sumie całkiem dobrze.
Mocnym przeżyciem w Xian było trzęsienie ziemi, które dotarło tam w postaci silnego falowania gruntu, wyczuwalnego pod stopami. Wywołało to ogólną panikę i do wieczora większość ludzi siedziała na krzesełkach przed domami. Dalsza trasa znowu prowadziła przez góry. Okolica była malownicza, chociaż w nocy na wysokości 3000 m n.p.m. temperatura spadała do zera i trzeba się było ciepło ubrać. Po pewnym czasie dotarliśmy do miasta, gdzie zwiedziliśmy fragmenty ruin chińskiego muru. Niedługo potem, już na pustyni, rozpadła się tylna obręcz mojego koła. Z pomocą przyszła jednak policja. Gdyby nie oni...
Co mnie najbardziej zaintrygowało?
Chińczycy mają ogromne i przepiękne miasta, widać bogactwo. Rzuca się w oczy brak zieleni. Jest to związane z niedostatkiem wody, każda kropla wykorzystywana jest do upraw.
Kirgizja też jest wspaniała. Z nieskażonym pięknem przyrody, ale również bez dróg, co mocno odczuły nasze rowery. Górzyste trasy sięgały wysokości 3600 m n.p.m. Widoki niezapomniane, ludzie również uprzejmi, pomijając natarczywe dzieciaki, tłumnie oblegające drogi.
Po dwóch tygodniach w Osh, wymuszonych trudnościami wizowymi, wjechaliśmy do Uzbekistanu. Na granicy jak zwykle duże zainteresowanie. Do Taszkientu pozostało 300 km. Ponieważ do odlotu mieliśmy tydzień, bardzo oszczędnie pokonywaliśmy kilometry, spędzając większość czasu na odpoczynku. Upał był tak nieznośny, że jazda przed i po południu była niemożliwa. Uzbekistan robi niemałe wrażenie. Noce są tak ciepłe, że spaliśmy pod gołym niebem. Drogi mają średnie, ale da się jechać. Końcówka trasy została zwieńczona przejazdem tunelem, pilnie strzeżonym przez wojsko. Nasze bagaże zostały przeszukane. To jedyna górska droga prowadząca do Taszkientu. Po przejechaniu tunelu znów kontrola. Tym razem pogranicznicy częstowali nas herbatką i ciastkami.
Co pomyślałem w Warszawie?
Fajnie jest być u siebie, choć leje tu często i bywa, że niemiłosiernie. Więc już zacząłem przygotowywać plany na następny rok – rajd wzdłuż wybrzeża Bałtyku, a także mały wypad nad Adriatyk.