fot: Jerzy Chromik
Krzysztof Izydor podjął się w Rozwoju Katowice bardzo trudnego zadania
fot: Jerzy Chromik
O pasjonatach banalnie zwykło się mawiać, że wyssali życiowe upodobanie z mlekiem matki. W przypadku Krzysztofa Izydora fascynacja piłką nożną była bodaj jeszcze wcześniejsza.
– Urodziłem się w chorzowskiej dzielnicy Batory. O dziwo, to właśnie moja mama była wielką entuzjastką tamtejszego Ruchu. Na mecze „niebieskich” chodziła jeszcze, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży. Trudno się, więc dziwić, że jestem genetycznie „skażony” piłką – żartobliwie zauważa.
Przygodę z tym sportem – jako junior – rozpoczął w tyskiej „Fasamie”.
– Nie grałem zbyt długo. Pewnie byłem zresztą nieznośny na boisku. Od zawsze drzemały we mnie cechy przywódcze. Wydawało mi się, że najlepiej wiem, co i jak trzeba zrobić – ze śmiechem wspomina swoje boiskowe początki.
W szkole sportowej próbował zresztą kilku innych dyscyplin. Oprócz piłki nożnej grywał również w siatkówkę, tenis stołowy, nie mówiąc już o epizodzie z kung-fu.
Widoki na życiową pomyślność łączył jednak nie ze sportem, lecz w pierwszym rzędzie – z górnictwem. Po maturze w Technikum Górniczym Izydor 19 lat przepracował w kopalni ,,Wesoła”, w tym 11 lat pod ziemią.
– Zaczynałem od elektromontera, potem byłem inspektorem w Dziale Energomaszynowym, a przez ostatnie cztery lata – zakładowym inspektorem ochrony radiologicznej. Z początkiem listopada przeniosłem się do kopalni „Wujek” na zbliżone stanowisko.
Ustatkowane życie najwyraźniej kłóci się z temperamentem Krzysztofa Izodora.
– Ustawicznie ciągnęło mnie do piłki. Postanowiłem – nie bez zachęty ze strony mojego ówczesnego szefa z kopalni – wstąpić do Akademii Wychowania Fizycznego. Pięć lat nauki, dyplom, uprawnienia nauczyciela wychowania fizycznego oraz piłkarskiego trenera II klasy, i tyle – opowiada lapidarnie, nie rozwodząc się nad problemami pogodzenia obowiązków w pracy, w domu i w uczelni.
Trenerkę rozpoczął w 1998 r. w Miejskim Ośrodku Sportów Młodzieżowych w Tychach. – W tej roli mogę wylać z siebie wszystko, co we mnie tkwi. Jest to zajęcie, które wymaga niesamowitego zaangażowania, kosztuje dużo zdrowia i nieprzespanych nocy. Bywa, że po serii niepowodzeń miałem ochotę rzucić to wszystko w diabły. Ale przychodzi wygrany mecz i stajesz się innym człowiekiem. Trudno opisać, co się wtedy przeżywa. Znów jasno widzi się cel – zwierza się Izydor.
Jako szczególne wyzwanie traktuje pracę z najmłodszymi. W Tychach prowadził zajęcia z chłopcami w wieku 8-9 i 12 lat.
– Ujmował mnie w nich przede wszystkim nieprawdopodobny zapał. To, że bardzo chcą, chociaż na ogół niczego jeszcze nie potrafią. Bywają też momenty niesamowitej satysfakcji, kiedy taki chłopak ukłoni mi się po latach na ulicy, chwaląc się, że gra już w II lidze. Maciej Mańka, który jako dwunastolatek uczył się piłki pod moim okiem, dziś jest w reprezentacji Polski do lat 21. Dla trenera, to ogromna radość – cieszy się z dobrej ręki.
Krzysztof Izydor nadal pozostaje koordynatorem szkolenia w tyskim ośrodku. Po krótkim trenerskim epizodzie w Górniku Lędziny został zaangażowany w czwartoligowym Górniku Wesoła. To była już dłuższa przygoda.
– Zastałem klub troszeczkę rozsypany, ale walczyliśmy o awans do III ligi. Cóż, nie udało się. Straty z początku sezonu były zbyt duże. Zabrakło trzech punktów. Kiedy odchodziłem z Górnika, drużyna była na drugim miejscu w tabeli – relacjonuje rozstanie z mysłowiczanami. We wrześniu Krzysztof Izydor objął funkcję I trenera Rozwoju Katowice.
– Jest ciężko: sześć kolejek i jedna wygrana. Ale kłopoty mobilizują do pracy, pompują adrenalinę. Wiadomo, kiedy nie ma wyniku, to natychmiast psuje się atmosfera. Dlatego trener, oprócz fachowych umiejętności, musi być psychologiem, który z mieszanki młodych i starszych zawodników stworzy „paczkę”, dążącą do wspólnego celu. Wierzę, że ten zespół zacznie w końcu wygrywać – zaraża optymizmem.
W piłkarskim światku Izydor próbował już zresztą wszystkiego. Przez kilka lat był również sędzią na poziomie III ligi. Ale ostatecznie rola dżentelmena z gwizdkiem jakoś nie przypadła mu do gustu. Co go do niej zraziło? Woli nie wyjaśniać tych powodów. Otwarcie przyznaje natomiast, że często – jako trener – bywał ostro karcony przez sędziów. Teraz zdarza się to już incydentalnie.
– Nauczyłem się już tłumić nazbyt emocjonalne reakcje – uśmiecha się.
Krzysztof Izydor podkreśla, że w piłce nożnej nie szuka konfitur. Dlatego nie tylko nie oddala się od górnictwa, ale niedługo kończy studia inżynierskie w dziedzinie bezpieczeństwa pracy.