Ile czasu można poświęcić swemu hobby, gdy pracuje się na nocne zmiany? Godzinę, dwie? Trzy to góra. W końcu człowiek wyspać się musi, a i na samej robocie i odpoczynku po niej świat się nie kończy. To też dziw bierze, że obrazy Karpińskiego powstają jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Artysta potrafi pędzlem wyczarować absolutne cuda. Nie ma w tych słowach krzty przesady. Nadsztygar BHP w kopalni „Bobrek-Centrum” należy obecnie do grona najbardziej znanych i cenionych artystów amatorów w naszym regionie. Wciąż zapracowany i wytrwały w swych twórczych poszukiwaniach, już nie raz był nagradzany. Obrazy jego autorstwa oglądać można m.in. w zabrzańskich i rudzkich galeriach. Są realistyczne, poparte rzetelnym warsztatem i niezwykłe kolorystycznie.
– Już niedługo będzie 40 lat od momentu, gdy sprowadziłem się na Śląsk. Nigdy przedtem nie myślałem, że kryje on w sobie tak ogromne bogactwo kulturowe i równie wspaniałe miejsca, które aż się same proszą, że je utrwalić na płótnie lub szkle – przekonuje Karpiński.
Jego ulubione techniki to: malarstwo olejne, akwarela, pastele i grafika – głównie linoryt. Najchętniej rysuje i maluje to, co go zewsząd otacza: zabytkowe kamieniczki, uliczki, kościoły, sytuacje ze śląskich podwórek i pejzaże ze sterczącymi w tle szybami kopalń.
Swoje dzieła zaczął eksponować na przełomie lat 70. i 80. podczas przeglądów twórczości amatorskiej górników. Można śmiało powiedzieć, że górnictwo go wylansowało.
– To nie żart. Przed laty Zjednoczenie dbało o nas bardzo. Organizowano nawet dwutygodniowe wernisaże, w których udział brali malarze-amatorzy ze wszystkich kopalń. Za przysłowiowe „Bóg zapłać” dostawaliśmy materiały. Wymagano od nas jednego – żeby malować. Takie imprezy pozwalały również na szeroką wymianę doświadczeń i pomysłów, a ile się tam człowiek nauczył – wspomina z łezką w oku Andrzej Karpiński.
Jeszcze w połowie lat 80. za sprawą Ministerstwa Górnictwa i Energetyki katowicka galeria BWA wystawiała regularnie dzieła górników. W wielu kopalniach dyrektorzy oddawali do ich dyspozycji pomieszczenia, w których mogli przez okrągłą szychtę oddawać się twórczej pracy.
– Jak zbliżało się jakieś święto, 1-Maja, albo Barbórka, o górniczej robocie mowy nie było. Trzeba było przygotowywać emblematy i inne elementy odświętnego wystroju. Z tych czasów coś mi jednak zostało, bo wśród sterty dyplomów i wyróżnień mam też i to, uzyskane przed trzema laty w konkursie „Pracuj bezpiecznie” – dowcipnie zauważa Karpiński.
Dziś górniczych plenerów malarskich już nie ma. Nie znaczy to, że sztygar-artysta nie opuszcza swej pracowni urządzonej na poddaszu zabytkowego familoka w zabrzańskich Biskupicach. Niedawno odwiedził Pragę, Kazimierz nad Wisłą i Góry Stołowe. Latem zeszłego roku był w Giżycku. Ze wszystkich swych wojaży przywiózł olbrzymią stertę szkiców.
– Jak przed ostatnim Sylwestrem byłem w Krakowie, mróz szczypał niemiłosiernie. O szkicowaniu nie było mowy. Zabrałem się więc za fotografowanie. Zmarnować podróż do tak pięknego miasta, to przecież zakrawa na grzech – przymyka oko Andrzej Karpiński.
Co będzie tematem jego kolejnej akwareli. Może zamek na Wawelu?
– Niewykluczone, ale przecież tyle jest jeszcze Śląska do namalowania, że życia mi na to nie wystarczy – śmieje się malarz.
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.