fot: Jarosław Galusek
Orkiestra Dęta kopalni Mysłowice-Wesoła zdobywa uznanie w coraz szerszych kręgach.
fot: Jarosław Galusek
W zespole gra 60 instrumentalistów. Na ogół – mniej więcej co drugi – to prawdziwi amatorzy o górniczych korzeniach. Pozostałą część zespołu tworzą uczniowie szkół muzycznych i profesjonalni muzycy.
– Zaproszenie nie było przypadkowe. W ubiegłym roku koncertowaliśmy w słoweńskiej miejscowości Novo Mesto. Widać, zapadliśmy wtedy w pamięć któregoś z obecnych tam organizatorów włoskiego konkursu – mówi dyrygent orkiestry, Mirosław Kaszuba.
Światowcy w górniczych mundurach
Dla samego kapelmistrza takie międzynarodowe występy nie są niczym szczególnym. Światowcem został już dużo wcześniej, przez 17 lat prowadząc orkiestrę kopalni „Śląsk”. Pod jego batutą muzycy z Rudy Śląskiej grali m.in. w Pekinie oraz w słynnym gmachu opery w Sydney.
Do Saint Vincent zjechało 30 orkiestr z całej Europy. Obok włoskich, w konkursie wystąpiły m.in. zespoły z Hiszpanii, Holandii, Szwajcarii i Węgier. Mysłowiczanie – jako obowiązkowy, konkursowy standard – wykonali „Suite Appennica” Franco Arrigoniego. Jednak i jurorów, i słuchaczy ujęli wykonaniem wiązanki melodii śląskich. – Gospodarzy podbiliśmy nie tylko dobrą muzyką, ale też doskonałą, rzadko oglądaną tu górniczą prezencją – cieszy się Mirosław Kaszuba.
W rocznicę pontyfikatu
Konkursowy koncert był wprawdzie głównym, ale nie jedynym epizodem włoskiej wyprawy instrumentalistów z „Mysłowic-Wesołej”. W pamięci muzyków i dyrygenta utrwaliły się także dwa inne zdarzenia. Mysłowiczanie stworzyli oprawę muzyczną mszy św., odprawionej w rzymskiej Bazylice Omni Sainti w 30. rocznicę inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II.
– Przed laty – na muzycznym gruncie – zdarzyło mi się poznać księdza Krzysztofa, proboszcza od Matki Boskiej Prymasowskiej z Rokitna koło Warszawy. Wiedząc, że będziemy akurat we Włoszech, zaprosił nas do Bazyliki Omni Sainti. I ja, i orkiestra jesteśmy obyci z występami przed rozmaitą widownią i rzadko zżera nas trema. Tym razem jednak byliśmy przerażeni. Przed wejściem do świątyni dosłownie paraliżowała nas ta niecodzienna okazja, wola, aby wypaść jak najlepiej, a też świadomość bariery językowej. Ksiądz Krzysztof, który koncelebrował liturgię, uspokajał nas, obiecując, że w stosownych momentach dyskretnie da nam znak, kiedy powinniśmy zacząć grać. Na oprawę mszy złożyły się m.in.: „Intrada na wstęp”, „Boże coś Polskę” i „Pod Twoją obronę”. Myślę, że wszystko wyszło fajnie. Na prośbę proboszcza bazyliki – już po zakończeniu mszy św. – daliśmy jeszcze półgodzinny koncert przy ołtarzu. Tym razem zagraliśmy już śląskie kompozycje. Uczestnicy uroczystości do końca pozostali w świątyni, ba, domagali się bisów – z satysfakcją opowiada Kaszuba.
Niecodzienny koncert
Już w drodze powrotnej mysłowiczanie w górniczych mundurach zatrzymali się w jeszcze jednej świątyni. Tak bowiem Polacy traktują cmentarz żołnierzy pod Monte Cassino.
– W tym przypadku jedynym impulsem wizyty były względy emocjonalne. Kilku spośród muzyków z orkiestry chciało pochylić się przed grobami swoich dziadków. Oczywiście, ta potrzeba w najmniejszym stopniu nie kolidowała z pragnieniami całego zespołu. Po prostu wszyscy chcieliśmy tu być – relacjonuje Mirosław Kaszuba.
Także i w tym szczególnym miejscu orkiestra uświetniła swoją muzyką polową mszę św., odprawioną przez ks. Krzysztofa.
– Już po eucharystii – maszerując główną aleją cmentarza – zagraliśmy jeszcze „Czerwone maki na Monte Cassino”. Opodal stała, mniej więcej, 50-osobowa grupa turystów. Jakież było nasze zdumienie, kiedy spostrzegliśmy płynące z ich oczu łzy. Okazało się, że są to Polonusi z Nowego Jorku, z pokolenia przedwojennej i wojennej emigracji. W ich gronie znalazł się jeden z organizatorów corocznego „Marszu Pułaskiego”. Od razu wstępnie zaprosił nas do udziału w przyszłorocznej fecie – opowiada kolejny z włoskich epizodów Mirosław Kaszuba.