Wspólnie harowali na wydobyciu, teraz pożegnali cząstkę swego życia
Wyburzona wieża szybowa kopalni ČSA była pierwszą tego typu konstrukcją w regionie ostrawsko-karwińskim, którą zbudowano metodą deskowania ślizgowego.
fot: ARC/OKD
Kolejny rozdział górniczej historii Śląska został zamknięty. Pozostały wspomnienia i fotografie
fot: ARC/OKD
Wyburzona wieża szybowa kopalni ČSA była pierwszą tego typu konstrukcją w regionie ostrawsko-karwińskim, którą zbudowano metodą deskowania ślizgowego.
Wystarczyło 147 kg materiałów wybuchowych umieszczonych w 948 otworach, a potem tylko jeden pstryk i prawie 70-metrowa wieża szybowa, ważąca 19 tys. ton, legła w gruzach niczym domek z kart. Tym samym kolejny rozdział górniczej historii Śląska został zamknięty. Pozostały wspomnienia i fotografie.
Na czas operacji droga z Karwiny do Doubravy została całkowicie zamknięta dla ruchu. Ci, którzy mieli zamiar oglądać detonację na własne oczy, musieli przybyć na miejsce ponad godzinę wcześniej. Chętnych nie brakowało. Wśród nich zjawiła się spora grupa byłych pracowników kopalni ČSA z Czech i z Polski.
Gdy było już po wszystkim mistrz strzelniczy Vladimír Pravda wyraził zadowolenie z pracy swojej ekipy.
- Jeśli chodzi o wykonanie roboty, nie wyrządziliśmy żadnych szkód, wybuch przebiegł zgodnie z planem. Przy tak dużej i ciężkiej konstrukcji szczegóły są kluczowe. Musieliśmy dokładnie wiedzieć, gdzie umieścić ładunki i tak je zdetonować, aby konstrukcja zawaliła się w określonym kierunku. To, co ludzie obserwowali w ciągu kilku sekund, było efektem długich przygotowań i wielu precyzyjnych obliczeń – przyznał.
Rekordy i tragedie
Kopalnia ČSA powstała z połączenia czterech kopalń: František, Jindřich, Jan Karel i Hlubina. Kopalnie Jindřich i František powstały w 1856 roku. Wyrobiska górnicze umożliwiały wydobycie węgla na głębokości około 1200 m. Szyb był znany jako kopalnia ČSA od 1951 r. Co ciekawe, wieża była pierwszą tego typu konstrukcją w regionie ostrawsko-karwińskim, którą zbudowano metodą deskowania ślizgowego. Węgiel wyciągano na powierzchnię kontenerami o dużej pojemności. Jednorazowo mogły one przewieźć 19,2 tony surowca. W miarę postępu schodzono z wydobyciem coraz głębiej. Od 1990 r. eksploatację prowadzono na głębokości 930 m. W ciągu siedemdziesięciu lat z kopalni ČSA wydobyto 144,4 mln ton węgla. Rekordowym rokiem był 1971 r., kiedy to górnicy wywieźli na powierzchnię 3,3 mln ton czarnego złota.
W 1977 r. w podziemnych wyrobiskach kopalni doszło do eksplozji. Zginęło 31 górników. To była jedna z największych katastrof górniczych w historii ówczesnej Czechosłowacji. Jaroslav Minka z Hawirzowa był jednym z pierwszych interweniujących ratowników górniczych.
- Nigdy wcześniej ani później nie widziałem niczego gorszego – opisuje.
- Skończyłem już swoją szychtę, gdy nagle przed godziną ósmą wieczorem zadzwonił telefon. Pobiegłem pod szyb. Wszędzie unosił się kurz i dym. W pewnym momencie natknąłem się na sygnalistę. Twarz miał czarną od pyłu wydostającego się z czeluści szybu. Na chwilę wentylacja została odwrócona, czyli szyb wdechowy stał się wydechowym. W tamtym czasie kopalnia ČSA miała 150 km wyrobisk. Wezwali mnie, żebym zjechał na dół z sześcioma ekipami ratunkowymi, czyli trzydziestoma górnikami. Dopiero wtedy zadzwonili do mojej żony, że wrócę później. Była do tego przyzwyczajona – opowiada.
Co było potem?
- Posuwaliśmy się bardzo powoli, ponieważ wyrobiska były poważnie uszkodzone i było bardzo niebezpiecznie. Szliśmy około czterystu metrów przez dwie i pół godziny. Po jednym z górników pozostał tylko kask. Ciało wyparowało. Potem na stropie pojawiła się plama krwi. Nigdy nie udało nam się jej zamaskować, próbowaliśmy może dziesięciu różnych farb. Po pewnym czasie plama pojawiała się ponownie. W końcu zostawiliśmy ją tam jako przestrogę dla innych. Ciała od razu wkładano do worków, potem do metalowych trumien w kopalni, a następnie transportowano na powierzchnię. Znałem chyba wszystkie ofiary tamtej tragedii. Na szczęście nie musiałem chodzić do ich rodzin z informacją, że stracili najbliższą osobę – wspomina.
Ojciec też był górnikiem
Do lutego 2021 r., czyli do końca historii kopalni, wspólnie harowali przy wydobyciu Czech Karel Szenderbal i Polak Jan Plota. Tłukli modne wówczas rekordy zarabiając bajońskie jak na tamte czasy pieniądze. Teraz spotkali się po latach by obserwować operację odstrzelenia wieży szybowej.
– Zaraz po szkole pracowałem jako kowal w ostrawskim przedsiębiorstwie „Bastro”. O kopalni jakoś nie myślałem, ale przyszedł taki czas, że musiałem się rozwieść z pierwszą żoną. Trzeba było płacić alimenty i samemu żyć na poziomie. No i przyjąłem się na kopalnię. Mój ojciec też był górnikiem. Pamiętam, że jako dzieciak podszedłem raz do niego i mówię: „tato, wiesz, ja też bym chciał kiedyś tak jak ty, zjeżdżać w dół kopalni i wydobywać węgiel”. Ojciec nie chciał nawet o tym słyszeć. Tylko się wściekał. Zresztą nie doczekał się syna górnika, bo zmarł, zanim wziąłem tę pracę. Jakie były moje pierwsze wrażenia z dołu? Trochę się bałem, ale jak sobie pomyślałem, że tylu chłopów tu pracuje, to czemu ja miałbym nie dać sobie rady? – śmieje się opowiadając swoją historię
Z czasem Szenderbal awansował na operatora kolejki podwieszanej. W dołowej hierarchii był już kimś. Skończył jako przodowy na ścianie skuszony wyższymi zarobkami.
- A pamiętasz jak mówiłeś, że nic ci nie brakuje? Przy czwartym piwie przychodziła ci zwykle ochota na puszczenie totka. Zawsze powtarzałeś, że gdybyś wygrał, to postawiłbyś sobie willę – dogaduje mu Jan Plota, po czym obaj wybuchają gromkim śmiechem.
Honza, syn Karela, jest już dorosły, ale jako ośmiolatek zazdrościł ojcu krzepy. Raz wypsnęło mu się, że gdy dorośnie chciałby pracować na dole. I co usłyszał w odpowiedzi? Oczywiście te same słowa, które przed laty wypowiedział jego dziadek do ojca: – „ O nie synu, to nie wchodzi w rachubę”.
- A ja mam trzy córki wiec nie musiałem wysłuchiwać podobnych pytań. Zawsze najważniejsze było dla mnie, żeby je wykształcić. Najpierw pracowałem w Zofiówce przez 26 lat. Jak dali odprawy, no to poszedłem za kolegami do Czech – wspomina.
Plota był ratownikiem. Wywoził rannych i martwych górników na powierzchnię. Raz i jego dopadło nieszczęście. Podczas pracy spadła mu na nogę stalowa rura.
– Kopalnia zabrała mi dwa palce, ale gdybym mógł jeszcze raz decydować o wyborze zawodu, bez wahania postawiłbym na górnictwo. Wtedy też się nie zastanawiałem. Kopalnia dawała takie warunki, że nigdzie indziej lepszych bym nie znalazł. „Zofiówkę” wybrałem dlatego, bo była blisko domu. Kilka minut drogi piechotą. A w Czechach miałem pokoik w internacie i też nie żałowałem. Chałupę postawiłem za to, co zarabiałem – wzrusza ramionami głęboko wciągając w płuca dym kolejnego papierosa.
Karel w geście przyjaźni klepie swego dawnego druha po plecach.
- Gdy po szychcie jego zmiana wychodziła do domu różnił się od reszty załogi. Ubrany w dobrze skrojony garnitur, zawsze gnał w stronę przystanku autobusowego, ale dwa razy na tydzień dał się skusić na piwko – opowiada i po raz kolejny obaj niemal padają ze śmiechu.
Po spektaklu z wieżą szybową w roli głównej obaj wzorem dawnych lat udają się do pobliskiej hospody, by przepłukać gardło kilkoma kuflami popularnego w tych stronach Ostravara.
Na koniec świadkowie detonacji dowiadują się z ust Tomáša Indreja, rzecznika spółki Diamo , że nie wszystkie dawne budynki kopalni ČSA mają zniknąć z powierzchni ziemi. Ministerstwo Kultury w Pradze wciąż rozważa objęcie ochroną historyczną części terenu. Wniosek wysłano w 2023 r. Wieża nie została jednak zaproponowana do ocalenia. Ale to tylko drobne szczegóły, bo koniec górnictwa nie rodzi dziś wielu pytań o kulturę, ale przede wszystkim o to jak zmieni się region po 250 latach górniczej historii. Nie ma na to dziś odpowiedzi. Są tylko nadzieję, że nie będzie aż tak źle.
- Po raz kolejny w sposób wymowny żegnamy się z erą górnictwa. Minęło kilka miesięcy, odkąd wywieźliśmy ostatni wóz z węglem kamiennym. Górnicy odeszli z podniesionym czołem i zasługują na szacunek. Dziś nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale wiele dóbr materialnych, którymi jesteśmy otoczeni, nie powstałoby bez tych, którzy zadbali o to, by złoża węgla z setek metrów pod ziemią ujrzały światło dzienne – raz jeszcze przypomina David Hájek, kierownik działu likwidacji kopalń w spółce OKD.