W 2035 roku w miksie nadal będzie węgiel
Rozmowa z Grzegorzem Onichimowskim, prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Rozmowa z Grzegorzem Onichimowskim, prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych
Na jednej z konferencji europoseł Borys Budka mówił, że Polska jeszcze nigdy nie wydała tak ogromnych pieniędzy na inwestycje w sieci. To prawda?
Tak, to prawda. Skala inwestycji w infrastrukturę sieciową jest bezprecedensowa. Zmienia się nie tylko wielkość nakładów, ale cały krajobraz polskiej energetyki – również jej rozlokowanie terytorialne.
Do niedawna energetyka była skoncentrowana głównie wokół Bełchatowa oraz centralnej i południowej Polski. Dziś mamy zupełnie inne plany obszarowe. Budujemy elektrownię jądrową, rozwijamy energetykę morską, mamy stabilne dostawy gazu dzięki Baltic Pipe i terminalom LNG. Sieć gazowa jest przy tym dobrze przystosowana do szybkiej zmiany obciążenia elektrowni gazowych, które lokalizowane są przede wszystkim na północy kraju. Najlepsze warunki wiatrowe również mamy na północy – zarówno onshore, jak i offshore. To wszystko stawia przed nami poważne wyzwania jeśli chodzi o sieć elektroenergetyczną. Stąd właśnie intensyfikacja naszych inwestycji właśnie na północy.
A co z południem Polski?
Trzeba rozróżnić sieci najwyższych napięć (przesyłowe) od sieci dystrybucyjnych. Sieci najwyższych napięć na południu są dość dobrze rozwinięte, choć i tu prowadzimy sporo inwestycji. W zeszłym roku oddaliśmy dużą linię przebiegającą przez Dolny Śląsk – m.in. po to, by poprawić warunki wymiany międzynarodowej.
Jeśli chodzi o duże inwestycje w sieci przesyłowe, to obecnie skupiamy się przede wszystkim na modernizacji: nowych elementach sieci, stacjach elektroenergetycznych umożliwiających przyłączanie nowych źródeł i odbiorów. Spektakularnym przykładem jest planowane data center w dawnej fabryce Fiata – to będzie ogromne wyzwanie pod względem mocy, jakich będzie potrzebował inwestor.
Dlaczego często słyszy się, że problemem nie są sieci, tylko dostęp do nich?
Sieci i dostęp to w praktyce to samo zagadnienie. Na poziomie sieci dystrybucyjnych rzeczywiście stoimy przed bardzo dużymi wyzwaniami. Nie można zapominać, że około 50 proc. odnawialnych źródeł energii jest przyłączonych właśnie do sieci dystrybucyjnej, a nie przesyłowej. Do tego dochodzi postępująca elektryfikacja gospodarki.
Jeśli będziemy elektryfikować ciężki transport – ciężarówki – to musimy sobie wyobrazić moce, o jakich mowa. Ładowarki rzędu 500 kW czy nawet 1 MW to standard. To wymaga olbrzymich inwestycji właśnie na poziomie dystrybucji.
Na poziomie sieci przesyłowej, gdzie przyłączamy głównie większe jednostki – nowe elektrownie gazowe, elektrownie jądrowe czy duże farmy wiatrowe (onshore i offshore) – sytuacja wygląda lepiej. Po nowelizacji Prawa energetycznego, która pozwoliła wyeliminować większość mniej realnych, nieco fikcyjnych projektów, kolejka oczekujących inwestorów nie powinna być już tak długa. W ciągu trzech miesięcy jesteśmy w stanie rozpatrzyć każdy wniosek. Nie zawsze będzie to decyzja dokładnie taka, jakiej inwestor by sobie życzył, ale sądzę, że nie będzie większych problemów z dostępem do sieci przesyłowej.
Czy to oznacza, że sieci nadążą za atomem i offshore’em?
Sieci nadążą, ale musimy mieć świadomość szerszego kontekstu. Duże miasta również muszą się zaopatrzyć w energię. W metropoliach obserwujemy gwałtowny proces elektryfikacji: metro, tramwaje, autobusy elektryczne, elektryfikacja ciepłownictwa (power-to-heat, pompy ciepła – także w domach indywidualnych) oraz rozwój sektora IT i data centers.
Prognozujemy, że wielkie polskie miasta zwiększą zapotrzebowanie na energię elektryczną kilkukrotnie w ciągu najbliższych lat. To ogromne wyzwanie. Energetyka lokalna pomoże, ale nie wystarczy na długo. Potrzebujemy bardzo dużych mocy przesyłowych i źródeł ulokowanych blisko centrów miejskich. Częściową odpowiedzią mogą być małe reaktory jądrowe (SMR), ale jeszcze nie wiemy, czy udowodnią one swoją przydatność biznesową.
Dlatego dobrze, że mamy obecnie dostępne moce. Chcemy, żeby wszystkie jednostki będące w dobrym stanie technicznym dożyły końca swojej przydatności technicznej – nie należy sztucznie skracać im życia. Potem będziemy rozglądać się za nowymi rozwiązaniami.
To ogromne wyzwanie także dla samorządów.
Tak. Samorządy w coraz większym stopniu będą odpowiedzialne za to, za co teoretycznie odpowiadają już dziś na mocy ustawy, ale w praktyce nie zawsze się tym zajmowały – czyli za zaopatrzenie w ciepło i energię elektryczną.
Uważam na przykład, że taryfowanie ciepła przez Urząd Regulacji Energetyki jest zabiegiem nieco abstrakcyjnym. Mieszkaniec danego miasta za drogie ciepło będzie winił lokalnego włodarza – burmistrza czy prezydenta – a nie prezesa URE. Dlatego samorządy muszą przejmować coraz większą odpowiedzialność i one już sobie z tego zdają sprawę.
Świetnym przykładem jest gospodarka o obiegu zamkniętym i wykorzystanie odpadów – to okazja do produkcji dodatkowej energii. Podobnie wodociągi i kanalizacja – odzyskiwanie energii ze ścieków. Albo centra danych, gdzie przy chłodzeniu powstają duże ilości ciepła, które można zagospodarować. To klasyczny przykład łączenia różnych sektorów gospodarki poprzez energię elektryczną. Dla samorządów możliwości są duże. Mogą realnie oszczędzać pieniądze mieszkańców i rozwijać wspólne przedsięwzięcia – nie tylko z firmami energetycznymi, ale z praktycznie każdą działalnością gospodarczą. Bo dziś energetyka to już nie tylko PGE, Tauron czy Orlen. To niemal każda aktywność gospodarcza.
Minister energii ciągle podkreśla, że przyszłością energetyki jest OZE i atom. Pan też tak uważa? Jak będzie wyglądał polski miks energetyczny w 2035 roku?
W 2035 roku w miksie nadal będzie węgiel. Mamy przecież bloki węglowe oddane w drugiej dekadzie XXI wieku i nie ma racjonalnego powodu, by je przedwcześnie wyłączać czy rozmontowywać. Prawdopodobnie będą pełniły rolę aktywnej rezerwy – uruchamianej głównie wtedy, gdy warunki atmosferyczne przez dłuższy czas uniemożliwiają pracę źródeł odnawialnych. Trzeba jednak te moce zagospodarować i mieć do dyspozycji.
Pierwsza duża elektrownia jądrowa, według obecnych planów, ma powstać w 2036 roku. Patrząc na doświadczenia większości krajów europejskich, nie jest wykluczony pewien poślizg. Ewentualnie na horyzoncie mogą pojawić się małe reaktory jądrowe. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie mówi się, że mogłyby wchodzić do miksu już od początku lat 30., bo czas realizacji inwestycji jest krótszy niż w przypadku dużych bloków. Mogą stać się elementem polskiego krajobrazu, choć zastrzegam: jeszcze nie do końca wiadomo, jakie będą realne koszty i jak wygląda business case takich inwestycji.
Jedno jest pewne: to nie państwo będzie nam budowało energetykę. Będą ją budowali przedsiębiorcy. I będzie ona taka, jaką zechcą budować. Niezależnie od tego, jakie miksy rysują sobie think-tanki, PSE, Ministerstwo Energii czy Ministerstwo Klimatu – ostatecznie zdecyduje aktywność gospodarcza: z czego będziemy mieli energię, ile jej będzie i jak będziemy ją zużywać.