KopalniaWujek-Śląsk\": Najbliżsi pracują tam, gdzie polegli górnicy
Bolesne doświadczenie rodzin, które straciły swoich mężów i synów w zeszłorocznej katastrofie w kopalni „Wujek” Ruch „Śląsk”, nie zmieniło ich stosunku do górnictwa.
W grudniu 2009 r. sześć osób, głównie wdów, podjęło pracę w „Wujku”, kontynuują tradycje górnicze mocno zakorzenione w ich rodzinach.
Dostałam pomocną dłoń
Nie można się poddawać, trzeba żyć dalej i pracować. To kopalnia „Wujek” podała mi pomocną dłoń – przyznaje Izabela Bojsza, której mąż Marek zginął w zeszłorocznej katastrofie. Na dole przepracował 17 lat. Wdowa po nim zatrudniła się w centrali telefonicznej.
Mam 15-letnią córkę Angelikę i dla niej to wszystko robię. Nigdy nie myślałam, że będę pracować na kopalni, ale to było najlepsze rozwiązanie w tym przypadku. Musiałam pogodzić się ze stratą męża i zaczęłam na kopalni jakby nowe życie. Na pewno tej decyzji nie żałuję – dodaje pani Izabela.
W październiku 2009 r. zarząd Katowickiego Holdingu Węglowego podjął uchwałę, zgadzając się na przyjęcie do pracy w kopalni „Wujek” 10 osób spośród rodzin, które straciły najbliższych w tym strasznym wypadku. Z tej grupy 6 osób znalazło zatrudnienie, natomiast 4 jeszcze nie podjęły ostatecznej decyzji. Wydawać się mogło, że powypadkowa trauma wywoła u nich ostrą alergię na górnictwo, a tymczasem najbliżsi ofiar sami zgłaszali akces do pracy w kopalni.
– Zaraz po tragedii, jak jeszcze nie była załatwiona sprawa rent rodzinnych, osobiście kontaktowałem się z tymi rodzinami i ich członkowie pytali mnie, czy mogliby znaleźć pracę na „Wujku” – opowiada Janusz Majda, zastępca dyrektora kopalni ds. pracowniczych. – A ja im odpowiadałem, by napisali podania. W tej pierwszej grupie przyjęć były głównie wdowy, więc chodziło o zatrudnienie na powierzchni.
Druga tura przyjęć dotyczyła osób z rodzin górników, którzy we wcześniejszym okresie zginęli w ówczesnej kopalni „Śląsk”. Jeden z synów tragicznie zmarłych górników zatrudnił się na dole, drugi w zakładzie przeróbki węgla. Z kolei trzecia grupa przyjęć ma objąć synów górników rannych w zeszłorocznej katastrofie. Ci, którzy przechodzą rehabilitację zdrowotną po ciężkim wypadku, zgłaszają się do dyrekcji kopalni i wstawiają za swoimi pociechami.
– Jest już zgoda Holdingu, by przyjąć na dół kolejne dwie osoby. Chodzi o kontynuowanie tradycji rodzinnych. I to jest bardzo chwalebna sprawa. Mamy jeszcze podania o przyjęcie na powierzchnię kilku pań, ale ze względu na reorganizację struktur zarządu KHW i kopalń, te przyjęcia są czasowo zawieszone – zaznacza dyrektor Majda.
– Celem nie jest tworzenie „socjalnych” miejsc pracy dla jakiejś wybranej grupy. Jeżeli jednak powstaje taka możliwość, a chęci, kwalifikacje i predyspozycje danej osoby pozwalają na to, jej podanie jest rozpatrywane w pierwszej kolejności – przedstawia politykę Holdingu Wojciech Jaros z działu komunikacji korporacyjnej KHW.
Bo praca ma zawsze konkretny wymiar i wartość – tak dla pracobiorcy, jak też dla pracodawcy.
Pracownicy kontaktowi i łącznicy
Po katastrofie, władze „Wujka” nie zostawiły w potrzebie rodzin ofiar. Do każdej, w której zginął górnik, przypisany został tzw. pracownik kontaktowy. Razem dwudziestu. Koordynowali wszelką doraźną pomoc zarówno psychologiczną, jak i medyczną, pomagali w rozwiązywaniu problemów socjalno-bytowych, szczególnie zaś związanych z organizacją pochówku.
Z kolei 10 łączników, czyli pracowników dozoru pochodzących z oddziałów, w których pracowali poszkodowani w katastrofie górnicy, utrzymywało i utrzymuje z nimi nadal stały kontakt, pomagając im w rozwiązywaniu problemów, które pojawiały się w trakcie rehabilitacji. W akcję pomocy włączyły się także związki zawodowe.
Na jaką konkretną pomoc mogli liczyć ranni górnicy?
– Była ona bardzo różnorodna i dotyczyła wielu spraw – informuje Iwona Szychowska, kierownik działu ds. pracowniczych kopalni „Wujek”. – Jeśli chodzi o ciężko poparzonych, to pomogliśmy im w załatwieniu ubrań uciskowych, takich jak rękawiczki, kamizelki czy spodnie. Szyła je firma francuska, zaś miarę na ubrania uciskowe brano podczas pobytu górników w szpitalu w Siemianowicach Śląskich. My pośredniczyliśmy w załatwianiu tych „ortez”, a w wielu wypadkach kopalnia pokrywała koszty. Kupowaliśmy także inhalatory i różne medykamenty potrzebne w leczeniu – dodaje kierownik Szychowska.
Wsparcie ze strony władz Holdingu i kopalni nie ograniczyło się do jednorazowej pomocy. Trwa nadal, choć katastrofa zniknęła z pierwszych stron gazet, a pamięć o niej została zastąpiona przez inne wydarzenia.
– Dla nas jest to bardzo pozytywne zjawisko, że ci ludzie chcą u nas pracować, chcą być w „rodzinie wujkowskiej”. W jednej ze stacji telewizyjnych powiedziano, że kopalnia zapomniała o poszkodowanych. A to nieprawda, cały czas mamy z nimi bezpośredni kontakt – wyjaśnia na koniec dyrektor Majda.